Recenzje

 

Tekst pochodzi z bloga Mówi się trudno i czyta się dalej.

Świat Dysku, jaki jest, każdy widzi. Jest płaski i wędruje poprzez kosmiczną przestrzeń usadowiony na grzbietach czterech słoni, które z kolei stoją na ogromnym żółwiu. No wiecie, tak jak sobie to wyobrażali starożytni. Pewien facet, imieniem Terry Pratchett, pomyślał sobie: „A gdyby taki świat naprawdę istniał?” i umiejscowił tam akcję swoich książek. Naprawdę wielu, wielu książek.

 

 

Nawet zdjęcie, które widzicie powyżej, nie oddaje ogromu „Świata Dysku”. Moja kolekcja nie jest kompletna – mam w niej zaledwie dwadzieścia jeden książek, a Pratchett napisał ich czterdzieści jeden (czterdzieści pięć, jeśli liczyć z kolejnymi częściami „Nauki Świata Dysku”). A gdyby nie przedwczesna śmierć, niechybnie natłukłby ich jeszcze więcej. Pracował jak jednoosobowa fabryka, produkująca często dwie książki rocznie.

A oprócz tego opracowywał też (a przynajmniej firmował swoim nazwiskiem) różnorakie dodatkowe materiały dla fanów „Świata Dysku” – mapy, terminarze, almanachy, turystyczne przewodniki, encyklopedie. „Świat Dysku” to cały prężny biznes. Trudno ogarnąć, jak wiele ma gałęzi. Są przecież jeszcze krótsze opowiadania, gry planszowe, gry komputerowe...

Moja przygoda ze „Światem Dysku” zaczęła się tak, że miałem w domu jakiś katalog jakiegoś klubu książki. Przeglądałem go sobie z nudów i natrafiłem tam na pierwszą część, czyli „Kolor magii”. Opis brzmiał dla mnie zachęcająco, humorystyczna fantasy to było coś w sam raz dla mnie, więc poprosiłem rodziców o tę książkę na moje szesnaste urodziny. Co ciekawe, „Kolor magii” wcale nie powalił mnie na kolana. Był w porządku, ale nie wywarł mocnego wrażenia. Mimo to poprosiłem też o drugą część, ponieważ pierwszą Pratchett zakończył chamskim cliffhangerem, a ja chciałem wiedzieć, co się dalej stanie z Rincewindem i Dwukwiatem. W ten sposób w moje ręce trafił „Blask fantastyczny”... i w tym momencie wsiąknąłem na dobre. Przez długi czas ta książka należała do ścisłej czołówki moich ulubionych.

Następne w kolejności było „Równoumagicznienie” – ta część była wyraźnie słabsza, ale zaraz potem przyszedł „Mort” i pozamiatał, już nieodwołalnie zmieniając mnie w fana „Świata Dysku”. Od tej pory moja kolekcja szybko się rozrastała – każdy już wiedział, co mi kupować na urodziny i święta. Oczywiście nie miałem niespodzianki – spodziewałem się kolejnych części „Świata Dysku” i to właśnie dostawałem. Co bardzo mnie cieszyło.

No i tak w czasach nastoletnich nazbierałem tych książek Pratchetta nieco. Ale, jak już zaznaczyłem, nie skompletowałem całej serii. Z biegiem czasu, w miarę jak sięgałem po kolejne tomy, mój entuzjazm do „Świata Dysku” jakoś osłabł. Nie byłem pewien, czy to kwestia przesytu, czy też rzeczywiście w późniejszych książkach nie znajduję już tego, co mnie tak przyciągało do tych wcześniejszych. Kiedy powtórzyłem sobie „Świat Dysku” po niemal dwóch dekadach przerwy, okazało się, że rzeczywiście późniejsze części słabiej do mnie trafiają.

 

 

Ale o tym za chwilę. Bo wcześniej chciałbym tu sprecyzować, czym właściwie jest „Świat Dysku”. Od tego może należało zacząć, ale cóż, skoro jestem już w tym miejscu, nie będę się wracał na początek. Chcę się tu z wami podzielić swoim spojrzeniem na „Świat Dysku”, jasne? Bo widzę go trochę inaczej niż pozostali czytelnicy. Mówiąc o „Świecie Dysku”, ludzie używają takich określeń jak „seria” czy „cykl”. Ale nie wydaje mi się, żeby „Świat Dysku” tak do końca wpisywał się w te kategorie. Według mnie jest on czymś innym – to uniwersum. Tak, takie jak na przykład uniwersum Marvela (MCU dla wtajemniczonych), tyle że oczywiście książkowe.

Nigdzie nie spotkałem się z takim porównaniem i trudno mi uwierzyć, że ono się nikomu nie nasuwa. Ale powtórzę – „Świat Dysku” ma konstrukcję uniwersum. To nie jest jedna seria. To kilka różnych serii, rozgrywających się w tym samym świecie. Książki o Rincewindzie to seria (potem zmienia się ona w serię o magach z Niewidocznego Uniwersytetu, gdzie Rincewind zostaje jedną postacią z wielu, ale to już szczegół). Książki o wiedźmach z Lancre to seria. Książki o Straży Miejskiej Ankh-Morpork to seria. Książki o Śmierci i jego rodzinie (tak, tak) to seria. A wszystkie te serie łączą się w jednym książkowym uniwersum, tak jak w MCU łączą się odrębne serie o Iron-Manie, Kapitanie Ameryce czy Thorze. I tak jak w MCU, tak i w „Świecie Dysku” postacie z odrębnych serii zaliczają gościnne występy w innych seriach (a są i postacie nieprzypisane do konkretnych serii, ale raczej do miejsc, przewijające się w różnych odrębnych seriach – np. Gardło Sobie Podrzynam Dibbler, pan Boggis itp.), wszystko się w różnych punktach przeplata i spaja.

W „Świecie Dysku” możemy nawet wyróżnić mniejsze serie w obrębie większych. Na przykład można chyba słusznie uznać, że rozpoczynające cykl o Rincewindzie „Kolor magii” i „Blask fantastyczny” tworzą odrębną od reszty dylogię, podczas gdy w serii o wiedźmach z Lancre „Trzy wiedźmy”, „Wyprawa czarownic” oraz „Panowie i damy” dają się wyodrębnić jako trylogia o Babci Weatherwax, Nianii Ogg i Magrat Garlick.

Ale to oczywiście detale, które nie mają dużego znaczenia z czytelniczego punktu widzenia. Co kogo obchodzi, jak zdefiniujemy „Świat Dysku” i na ile różnych cykli można go podzielić (ta liczba bywa różna w zależności od zastosowanych kryteriów). Tak naprawdę liczy się przecież tylko to, czy czyta się dobrze. A więc właśnie, jak to jest z tym „Światem Dysku” – czy to rzeczywiście taka fajna rzecz, po którą warto sięgnąć? A może jednak jest przereklamowany i nie dorasta poziomem do reputacji, jaką się cieszy? Odpowiedź na oba te pytania brzmi: „Tak”.

Ale zaraz, jak to? Znaczy, że jest dobry i niedobry jednocześnie? Zgadza się. Moim zdaniem... Podkreślę to, żeby uciąć dyskusje, jeśli ta opinia kogoś oburzy... Zatem moim zdaniem „Świat Dysku” jest mocno nierówny i to, czy lektura dostarczy frajdy, czy raczej znudzi i zmęczy, zależy od tego, po którą konkretnie książkę się sięgnie. Porównałem już Pratchetta do jednoosobowej fabryki, no i właśnie mam wrażenie, że kiedy tłucze się książki w hurtowych ilościach, to trudno, żeby każda trzymała wysoki poziom.

Przypuszczam, że wielu spośród fanów „Świata Dysku” zgodzi się, że w jego skład wchodzą książki lepsze i słabsze. Choć pewnie już nie doszlibyśmy do porozumienia w kwestii, które z nich to te lepsze, a które słabsze. To wszak sprawa indywidualnego odbioru. Zdaję sobie na przykład sprawę, że niektóre z tych, które ja najbardziej lubię, nie cieszą się dobrą opinią, natomiast część z tych uznawanych powszechnie za lepsze, mnie osobiście ani ziębi, ani grzeje.

Ale że piszę – jak zawsze – jak rzecz wygląda z mojego subiektywnego punktu widzenia, nie mogę wam powiedzieć jednoznacznie, które książki ze „Świata Dysku” warto przeczytać, a których lepiej nie tykać kijem. Żadna ze mnie wyrocznia, zresztą w kwestiach sztuki nikt nie może nią być. Mogę tylko podzielić się własnymi odczuciami, czyli opowiedzieć, które części „Świata Dysku” lubię, a których już nie za bardzo.

 

 

„Świat Dysku” - te lepsze książki...

 

Do mojej osobistej czołówki należy cykl o Rincewindzie. Z wyjątkiem „Ostatniego kontynentu” – ten jest naprawdę do bani. Ale reszta? Uwielbiam.

I widzicie, już na samym początku robi się kontrowersyjnie, bo słyszałem, że właśnie książki poświęcone Rincewindowi to właśnie te, które są przez wielu uważane za słabsze pozycje ze „Świata Dysku”. Tak jak mówiłem – indywidualny odbiór jednego czytelnika może nieraz znacząco odbiegać od odbioru drugiego. Ja będę bronił Rincewinda i poświęconych mu książek. Tych dobrych książek – „Koloru magii”, „Blasku fantastycznego”, „Czarodzicielstwa”, „Eryka” i „Ciekawych czasów”.

Co mi się w nich tak podoba? Przede wszystkim Rincewind, nieudany mag znający tylko jedno zaklęcie, jest świetną postacią. Podszyty tchórzem cwaniak i kombinator, niereformowalny pesymista. Egoista, który jednak co chwilę musi odnajdywać w sobie tę lepszą stronę i stawać do walki o ocalenie świata (lub w jakiejś innej, równie ważnej sprawie, zwykle jednak chodzi o świat, bądźmy szczerzy).

No i Rincewind ma najlepsze teksty. Naprawdę. Oczywiście wśród postaci „Świata Dysku” wielu jest autorów niepowtarzalnych cytatów, ale większość z tych najlepszych dostała się Rincewindowi. W zasadzie jak tylko otwiera usta, można być pewnym, że padnie z nich zabójczy, sarkastyczny komentarz, który rozłoży czytelnika na łopatki. Jeśli nie każdego, to przynajmniej tego konkretnego czytelnika, który prowadzi tego bloga, co go właśnie czytacie.

Książki o Rincewindzie są też najbardziej przygodowe. Najbliżej im do heroicznej fantasy, choć tutaj oczywiście przedstawionej w krzywym zwierciadle. Są więc doniosłe misje, dalekie wyprawy, w których stawką jest zwykle los świata, starcia z potworami, magami, wojownikami. Wszystko to, co się lubi w fantasy, tylko że na śmieszno.

 

 

Wspomniałem już, że „Kolor magii” nie zrobił na mnie początkowo dużego wrażenia. I owszem, muszę podtrzymać opinię, że nie każdemu przypadnie on do gustu. To najbardziej parodystyczna część „Świata Dysku”, skupia się na wyśmiewaniu schematów stosowanych w fantasy, a także konkretnych dzieł (Conan, Fafryd i Szary Kocur, Jeźdźcy smoków z Pern, twórczość Lovecrafta i pewnie coś tam jeszcze). Nie ma tu za bardzo jakiejś fabuły, która by to wszystko łączyła. To taki ciąg odrębnych przygód, które spotykają Rincewinda i Dwukwiata, wędrujących do... no, w sumie nieważne. Jakiś cel podróży jest tam na początku zasugerowany, ale szybko przestaje on mieć jakiekolwiek znaczenie – wiadomo, że to tylko pretekst, aby bohaterowie mogli wędrować i przeżywać przygody.

Ale jednak lubię tę książkę, mimo jej mankamentów, bo lubię przygody i humor, a to właśnie te dwie rzeczy, z których się ona składa. Poza tym jest tu oczywiście niezastąpiony Rincewind – razem z Dwukwiatem tworzą przesympatyczny, wzajemnie uzupełniający się duet. No i wreszcie lubię też „Kolor magii”, bo stanowi preludium do „Blasku fantastycznego”, a „Blask fantastyczny” to już inna para kaloszy.

 

 

„Blask...” wygląda tak, jak mógłby wyglądać „Kolor magii”, gdyby miał jakąś fabułę, a nie skupiał się tylko na parodiowaniu czego popadnie. Tak więc Rincewind i Dwukwiat, których poprzednia część nam przybliżyła i z którymi zdążyliśmy się zżyć, zostają tu wrzuceni już w prawdziwą przygodę epickich rozmiarów, powiększają swoją ekipę (bo każdy quest potrzebuje przecież drużyny) i stają do walki o los całego Dysku. Jest jeszcze zabawniej niż w „Kolorze magii” (tam humor nie zawsze był wysokich lotów), całość wreszcie ku czemuś zmierza (w poprzedniej części bezcelowość mogła nieco uwierać), a w finale autentycznie można się przejąć tym, co się dzieje. Cała końcówka to idealne zwieńczenie dylogii o Rincewindzie i Dwukwiacie – sprawia, że nawet jeśli początki tej opowieści są wyboiste, to na koniec czuję czytelniczą satysfakcję i żal mi, że się skończyło i muszę się pożegnać z bohaterami.

No ale zaraz, z Rincewindem nie trzeba się żegnać, bo są z nim przecież następne książki. Szkoda tylko, że Pratchett zatrzymał w miejscu rozwój tej postaci. Na końcu „Blasku fantastycznego” jest zasugerowane, że teraz wreszcie Rincewind będzie mógł podciągnąć się w magii. Że wcześniej jedno z tkwiących w jego głowie Ośmiu Zaklęć nie pozwalało żadnym innym zaklęciom się w niej zagnieździć. Ale choć ten problem zostaje zażegnany, w następnych częściach Rincewind i tak nie podszkala się w magii. Najwyraźniej Pratchett uznał, że aby czytelnicy utrzymali sympatię do nieudolnego maga, powinien on pozostać nieudolny już na zawsze. Trochę szkoda, chętnie poczytałbym, jak Rincewind robi wreszcie użytek z magii – to by mu się przydało w jego rozlicznych późniejszych przygodach.

Nie jest to jedyna niekonsekwencja w książkach o Rincewindzie. Zwróćcie uwagę na opisy postaci. Dwukwiat początkowo jest chudy, a potem już Pratchett opisuje go jako grubego. Czyżby nasz bohater w ciągu kilku miesięcy aż tak przytył? Albo Trymon – początkowo ma czarne włosy, a potem jasne. Widać, że autor miał niesprecyzowane wyobrażenia na temat swoich bohaterów.

 

 

Ale takie drobiazgi nie zmieniają faktu, że książki o Rincewindzie trzymają wysoki poziom. Również te następne po „Blasku fantastycznym”. W „Czarodzicielstwie” pojawia się kolejne zagrożenie dla świata, tym razem nawet lepiej nakreślone niż ostatnio (sceny koncentrujące się na tajemniczym Coinie i jego równie tajemniczej lasce oraz na jego interakcjach z magami z NU należą do najbardziej udanych). Jest kolejna zabawna misja, w którą Rincewind zostaje wbrew swej woli wmieszany, i znów w końcówce robi się epicko.

 

 

Następny w kolejce jest „Eryk” – cieniutka książeczka, która nie cieszy się zbytnią sympatią wśród fanów „Świata Dysku”. Ale ja lubię, co poradzę? Ta książka jest... inna. To czuć, chociaż nie do końca wiem, na czym to polega. W zasadzie Pratchett powraca tu jakby do korzeni, bo znów fabuła polega na skakaniu z miejsca w miejsce i przeżywaniu tam luźno powiązanych przygód, no i znowu parodia jest tu sednem książki (dostaje się między innymi „Faustowi” i „Iliadzie”). Ale nie powiedziałbym, że to cofanie się w pisarskim rozwoju, ponieważ „Eryk” robi to co robi znacznie lepiej niż „Kolor magii”. Pozostaje krótką, niezobowiązującą książeczką, pozbawioną raczej głębi spotykanej w innych pozycjach ze „Świata Dysku”, za to jest jedną z najzabawniejszych części. Kawał dobrej zabawy (no dobrze, kawałek, zważywszy objętość).

 

 

No i na koniec „Ciekawe czasy” – to już jedna z moich absolutnie najulubieńszych. W zeszłym roku przeczytałem to dwukrotnie podczas jednego z cięższych depresyjnych epizodów życiowych, jakie zaliczyłem, i nie mam na to dowodów, ale sądzę, że to między innymi ta lektura pomogła mi powrócić do stanu jakiej takiej psychicznej stabilności.

W „Ciekawych czasach” Rincewind trafia do Imperium Agatejskiego, będącego dyskowym odpowiednikiem naszego Dalekiego Wschodu – to taki amalgamat Chin i Japonii. Są tu rebelianci, którzy potrzebują pomocy legendarnego Wielkiego Maga. Okazuje się nim Rincewind, który, rzecz jasna, nie jest takim mistrzem magii, jak sobie oni wyobrażają. Mamy tu więc klasyczny motyw nieudacznika, który jest uważany za kogoś więcej, toteż musi grać rolę bohatera. Motyw, który, nie ukrywam, bardzo lubię i sam po niego czasem sięgam, pisząc książkę – kto czytał mój „Ostatni rozdział” (do ściągnięcia na https://www.beezar.pl/ksiazki/ostatni-rozdzial), ten wie.

„Ciekawe czasy” są... ciekawe, właśnie, a oprócz tego całkiem możliwe, że to najzabawniejsza książka ze „Świata Dysku”. Niektórzy się czepiają, że humor jest oparty na stereotypach związanych z Chinami i Japonią. No, w pewnej części rzeczywiście jest, tylko co z tego? To jakaś wada? Niektórym się wydaje, że stereotypy są same w sobie czymś rasistowskim (co nie ma w sumie żadnego sensu, bo w jaki sposób na przykład stereotyp, że każdy Chińczyk zna kung fu, jest rasistowski, skoro buduje pozytywny obraz?). Nie pozwólcie, żeby przesadna poprawność polityczna zepsuła wam dobrą zabawę.

Oprócz Rincewinda, który za sprawą swoich kapitalnych kwestii daje tu najlepszy popis w swojej zawodowej karierze, w książce powraca znany z „Blasku fantastycznego” Cohen Barbarzyńca, tym razem z własną drużyną herosów w podeszłym wieku, i powiem wam, że ta ekipa to jedna z najfajniejszych rzeczy, jakich uświadczycie w książkach ze „Świata Dysku”. Akcja jest podzielona między Rincewinda i drużynę Cohena (czyli Srebrną Ordę– oba te elementy dostarczają niezłego masażu przepony. Moim zdaniem Pratchett osiągnął tą książką wyżyny, na które już później niestety nie udało mu się wrócić.

 

 

Z Rincewindem warto przeczytać jeszcze „Ostatniego bohatera”. Nie jestem wprawdzie pewien, czy można zaliczyć tę książkę do tego samego cyklu. Rincewind co prawda tu występuje, ale nie jest najgłówniejszym bohaterem. W misji ratowania Dysku udział biorą Leonard z Quirmu (dyskowy Leonardo da Vinci), kapral Marchewa z serii o Straży, no i właśnie Rincewind... z tej, no, serii o Rincewindzie. Mamy tu więc taki jakby crossover. Szkoda, że taki skromny, Pratchett mógłby dorzucić do ekipy jeszcze bohaterów pozostałych cykli, wtedy mielibyśmy dyskowych „Avengers”.

Jednak głównymi postaciami w „Ostatnim bohaterze” są Cohen i jego Srebrna Orda (hm, może więc należałoby powiedzieć, że jest to spin off serii o Rincewindzie?). Książka ma tego prześmiewczego ducha, z jakim traktuje heroiczną fantasy, i jest prawdziwą perełką, bo pojawiła się jako wyjątek w tym okresie, kiedy to już ogólną tendencją „Świata Dysku” był spadek poziomu.

W dodatku ta książka jest wydana zupełnie inaczej niż pozostałe – można powiedzieć, że z prawdziwym rozmachem. Twarda oprawa z obwolutą, szyte strony, i bajeczne ilustracje Paula Kidby'ego, które często wzbogacają jeszcze Pratchettowską satyrę (wiele z nich na przykład parodiuje słynne dzieła sztuki).

Ale „Świat Dysku” nie kończy się na Rincewindzie i jego starych (w sensie dosłownym) przyjaciołach. Co dobrego jeszcze ma on do zaoferowania? Odpowiedź brzmi – czarownice.

Cykl o czarownicach z Lancre ma ileś tam części (ujmując rzecz precyzyjnie), ale najważniejsze dla mnie są „Trzy wiedźmy”„Wyprawa czarownic” oraz „Panowie i damy”, tworzące nieformalną trylogię o trzech czarownicach, dwóch starych i jednej młodej (lub w każdym razie młodszej, jak to jest zaznaczone), ich przygodach i trudnych wzajemnych relacjach.

 

 

Czytałem całość pięć razy.

Uff, wyrzuciłem to z siebie! Pewnie to jakiś nałóg. Albo nerwica, nakazująca wielokrotne powtarzanie tej samej czynności. Ta hipoteza też brzmi sensownie. A konkurencyjna teoria mówi, że może trylogię o wiedźmach rzeczywiście czyta się tak dobrze, że aż chce się do niej ciągle powracać.

Wiem na pewno, że uwielbiam główne bohaterki tego cyklu i żal mi się z nimi rozstawać na dłużej. Surowa Babcia Wheaterwax, wesoła i czerpiąca z życia pełnymi garściami Niania Ogg, oraz Magrat Garlick, niepewna własnej wartości i szukająca akceptacji u starszych koleżanek – ta trójka jest tak wyrazista i, mimo trudnych charakterów, budząca sympatię, że po prostu chce się przebywać w ich towarzystwie. Dostarczają czytelnikowi mnóstwa pamiętnych chwil. Nawet po wielu latach nie zapomnicie piosenki o jeżu. Może z biegiem czasu odkryjecie też, że wygłaszane przez Babcię Weatherwax spostrzeżenia z dziedziny głowologii mają zastosowanie w prawdziwym życiu. Albo i nie.

Samo miejsce, w którym dzieje się akcja, czyli księstwo Lancre, też dodaje książkom klimatu. Odpoczywamy tu od miejskiej scenerii Ankh-Morpork, a zamiast tego mamy lasy, góry i rzeki (takie prawdziwe, a nie jak Ankh). Zaciszne leśne polany. Tajemnicze pradawne, omszałe głazy. Stare chaty wśród drzew. Książki o czarownicach dzięki tej lokacji mają w sobie taki bardziej wiejski, ludowy klimat i baśniowość. Tym się wyróżniają spośród innych pozycji ze „Świata Dysku”, no i jest to różnica zdecydowanie na plus. Dzięki temu nie stoją samym humorem, ale są też nastrojowe. Czuje się te tajemnicze siły, które czają się gdzieś tam w leśnej gęstwinie...

Miło jest też poznawać przynajmniej kawałek z codziennego życia wiedźm. Jest jakaś taka przytulność w ich powszednim życiu i wzajemnych relacjach. Miło przebywać z nimi w ich niedużych, lecz – właśnie – przytulnych chatkach, gdy wokół rosną pełne tajemnic lasy i panuje, na przykład, sroga zima.

Jako nastolatek najbardziej z tej trylogii lubiłem pierwszą część, „Trzy wiedźmy”, ale kiedy wróciłem do „Świata Dysku” po latach, musiałem zmienić zdanie – najlepszą częścią jest ta finałowa, „Panowie i damy”. Jest godnym zwieńczeniem opowieści o Babci, Niani i Magrat. Ma najwięcej tajemniczego, baśniowego nastroju, a zarazem najwięcej napięcia i akcji (opowiada w końcu o inwazji, więc sporo się dzieje), wreszcie też Magrat ma swoje pięć minut i dane jest jej się wykazać.

Jeszcze jedną książkę zaliczam do swoich ulubionych ze „Świata Dysku”. Chodzi o „Morta”. Jeśli spytacie mnie, co ze „Świata Dysku” koniecznie trzeba przeczytać, odpowiem: „Książki o Rincevindzie (z wyjątkiem „Ostatniego kontynentu”), trylogię o trzech wiedźmach i „Morta”.

 

 

„Mort” opowiada o chłopaku imieniem Mort (skrót od Mortimera), który zostaje przyjęty do terminu przez nie byle kogo, bo przez Śmierć. No i wdraża się do zawodu, a tu nagle kłopot – okazuje się, że następną osobą, której życie ma zakończyć cięcie jego kosy, jest młoda księżniczka, w której zdążył już się zakochać. Akcja toczy się głównie w królestwie o swojskiej nazwie Sto Lat.

Czyta się to naprawdę dobrze. To lekka lektura – niech was nie zwiedzie, że skoro o Śmierci, to będą jakieś ciężkie, posępne klimaty. Refleksji związanych ze śmiercią trochę jest, ale wcale nie tak dużo, jak się spodziewacie. To głównie przygoda i humor.

„Mort” ma też fajny trójkąt miłosny (no, czworokąt właściwie). Mam jakąś dziwną słabość do zołzowatych, rozkapryszonych bohaterek – wnoszą zwykle do utworu więcej życia i temperamentu (pod warunkiem, że mają też swoją lepszą stronę, bo jeśli są tylko zołzami bez żadnej ukrytej głębi i zalet, to oczywiście stają się irytujące). W miłosnych trójkątach nieraz bywa tak, że jedna bohaterka jest taką właśnie zołzą, a druga jest jej przeciwieństwem – dziewczyną skromną, łagodną i miłą. W „Morcie” jest inaczej – tutaj obie są rozkapryszonymi zołzami, zarówno księżniczka Keli, jak i Ysabell, adoptowana córka Śmierci. No i naprawdę lubię to, jak Pratchett poprowadził tutaj uczuciowe relacje między postaciami.

I to by było wszystko, jeśli chodzi o moje ulubione książki ze „Świata Dysku” – „Mort”, „Ciekawe czasy” i trylogia o wiedźmach spokojnie mogłyby tu dostać osobne notki w cyklu „Moje ulubione” (i może jeszcze dostaną). Co nie znaczy oczywiście, że to jedyne, jakie są warte przeczytania. Całkiem niezłe są książki o Straży Miejskiej, w każdym razie dwie pierwsze – „Straż, straż” i „Zbrojni”. Niezłe są też „Pomniejsze bóstwa”, które chyba dość powszechnie są uważane za jedną z lepszych pozycji. Także „Kosiarz” jest niczego sobie. A co do innych powieści ze „Świata Dysku”... Cóż, tu już zaczynają się schody.

 

...i te gorsze

 

Jak wspomniałem, w pewnym momencie przestałem kolekcjonować „Świat Dysku”, ponieważ odczułem, że poziom się obniżył. Żeby uściślić, poziom od początku był nierówny  trafiały się zawsze lepsze i słabsze książki (na przykład trzecia w serii, „Równoumagicznienie” to flaki z olejem), ale z przewagą tych lepszych. Z czasem jednak proporcje zostały zachwiane. Wydaje mi się, że złota epoka „Świata Dysku” skończyła się na „Ciekawych czasach”. Z późniejszych części właściwie już tylko „Ostatni bohater” jest warty uwagi.

Pewnie nie umiałbym określić wszystkich przyczyn, które sprawiają, że te późniejsze książki mniej przypadają mi do gustu. Jedna przyczyna jest dla mnie jednak oczywista. Otóż z biegiem czasu te powieści zaczęły tracić klimat fantasy, a zamiast tego skupiać się na tematyce powiązanej ze światem biznesu, rozrywki i innych dziedzin z naszej zwykłej codzienności. Zamiast, jak dawniej, opowiadać o przygodach, niebezpiecznych wyprawach, magii, walce z siłami zła, zaczęły mówić o rzeczach prozaicznych – kręceniu filmów („Ruchome obrazki”), muzyce („Muzyka duszy”), operze („Maskarada”), prasie („Prawda”), działaniu poczty („Piekło pocztowe”), ekonomii („Świat finansjery”), piłce nożnej („Niewidoczni akademicy”) czy kolei („Para w ruch”). Straciła się przy tym obecna w starszych częściach magia. Nie magia czarownic i magów – ta dalej przewija się na kartach – ale magia literacka.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Pratchett zaczął iść na łatwiznę i klecić kolejne książki na zasadzie „Jak na Dysku wyglądałaby rzecz X, którą mamy w naszym świecie?”. Zresztą wielu czytelników powie, że takie podejście się sprawdzało, ponieważ te późniejsze książki mają licznych fanów.

Ale w mój gust to niestety nie trafia. W fantasy szukam rzeczy niezwykłych, tymczasem Pratchett od pewnego momentu uparł się, żeby pisać o rzeczach zwykłych, umieszczonych w niezwykłej scenerii. A to nie to samo i dla mnie różnica jest niekorzystna. Z niewielkimi zmianami te późniejsze książki mogłyby równie dobrze być komediami rozgrywającymi się w prawdziwym świecie. A ja wolałem, gdy „Świat Dysku” odbijał w krzywym zwierciadle schematy literatury fantasy, a nie naszą zwyczajną, powszednią rzeczywistość. Dajcie mi z powrotem epickie przygody! Co mnie obchodzi poczta czy kolej na Dysku?

Ile można pisać o takich zwyczajnych rzeczach? Jestem przekonany, że gdyby nie to, że Śmierć przyszedł po Pratchetta przedwcześnie, doczekalibyśmy się jeszcze powieści „fantasy” o barach szybkiej obsługi, zakładzie krawieckim, pralni chemicznej, lunaparku, szkółce narciarskiej i urzędzie pracy.

Oczywiście to tylko takie moje żarty, chociaż... Chociaż przeglądam teraz neta i wyczytuję w nim, że ponoć wśród planów na następne części „Świata Dysku” znajdowała się książka o scoutingu, systemie podatkowym i o wodociągach. Więc w sumie te moje propozycje nie są aż takie naciągane – rzeczywistość mogła je pobić. Tylko dalej nie rozumiem, jaki jest cel w wymyślaniu barwnego świata fantasy, a następnie umieszczaniu w nim opowieści o takich zwyczajnych, przyziemnych, nudnych elementach naszego życia. I czemu Ankh-Morpork ze starożytnego, niezwykłego, egzotycznego miasta jak z prawdziwej twórczości fantasy, przemienia się w nudny wiktoriański Londyn?

Tak więc z biegiem czasu miałem coraz mniej ochoty, by sięgać po kolejne części, zwłaszcza że poszczególne serie się jakoś wypaliły. Cykl o Rincewindzie, tak długo trzymający wysoki poziom, zaliczył nagle dno dzięki „Ostatniemu kontynentowi”, a następnie ewoluował w cykl o magach z Niewidocznego Uniwersytetu, w którym Rincewind jest już tylko statystą i marnuje swój potencjał.

Seria o wiedźmach po rozpadzie głównego trzyosobowego sabatu jakby nie wiedziała, co ze sobą zrobić – najpierw Pratchett próbował znaleźć zamiennik dla Magrat, ale Agnes Nitt jakoś się nie przyjęła, a potem zmienił ten cykl w coś dla młodszych czytelników. Tyle że niestety te książki (których bohaterką została młoda Tiffany Obolała) nie mają już klimatu poprzedniczek, a bez tego wypada to jakoś ubogo.

Seria o Straży wypaliła się po zaledwie dwóch częściach. Znaczy, tak sądzę. „Na glinianych nogach” jest dość nudne, a zawarta tu zagadka kryminalna jest kompletnie przewidywalna. Może następne części wracają na dobre tory – tego nie wiem, bo już mi się nie chciało po nie sięgnąć.

No i jest jeszcze cykl o Śmierci, który w sumie staje się cyklem o niejakiej Susan. Może nie są to najgorsze książki, ale jestem do nich uprzedzony, ponieważ stanowią kontynuację mojego ulubionego „Morta” i, co tu dużo mówić, nie mogę darować Pratchettowi tego, co tutaj zrobił z jego bohaterami. Dlatego uznaję, że historia „Morta” nie ma żadnej kontynuacji, jasne? Nie przyjmuję do wiadomości, że Pratchett pociągnął ją dalej. W moim prywatnym kanonie te następne książki nie istnieją. No wiecie, tak jak większość z nas zgodzi się co do tego, że „Terminator” i „Alien” kończą się na drugiej części. A „Gwiezdne wojny” nie mają żadnych sequeli, przynajmniej żadnych filmowych.

Do „Wiedźmikołaja” włącznie przeczytałem wszystkie części „Świata Dysku”, ale gdzieś właśnie w tym momencie straciłem do niego resztki serca, tak więc z późniejszych pozycji sięgnąłem już tylko po kilka – „Ostatni kontynent”, „Ostatniego bohatera”, „Wolnych Ciut Ludzi”, „Kapelusz pełen nieba”, „Piekło pocztowe”, „Niewidocznych akademików”. Sześć książek to niedużo, ale ponieważ są rozsiane na sporej przestrzeni czasu, myślę, że dają mi jakiś ogląd na to, czy „Świat Dysku” odzyskuje w końcu wysoki poziom. Niestety, nie odzyskuje. Oprócz „Ostatniego bohatera” wszystkie te książki to słabizna. „Wolnych Ciut Ludzi” jeszcze od biedy można przeczytać, ale przez „Kapelusz pełen nieba” i „Niewidocznych akademików” nawet nie zdołałem przebrnąć. Ogarniacie? Było to takie nudne, że nie dobrnąłem do końca! A ja naprawdę rzadko porzucam raz rozpoczętą lekturę.

 

 

Natomiast „Ostatni kontynent” i „Piekło pocztowe” przeczytałem w całości jedynie dlatego, że sam sobie kupiłem te książki, no a wiadomo – jak zapłacone, to trzeba przeczytać. Był to nabytek z czasów, gdy nie kolekcjonowałem już „Świata Dysku”, ale dla „Piekła pocztowego” zrobiłem wyjątek, bo miał być nowy bohater, cwaniak i kombinator, a że lubię takie postacie, to dałem książce szansę, mimo że tematyka pocztowa jest zupełnie nieinteresująca (to nie jest moja opina, tylko obiektywna prawda). Cóż, przejechałem się na tym – książka okazała się dokładnie tak nudna i męcząca, jak można sobie było wyobrazić.

 

 

No a dla „Ostatniego kontynentu” zrobiłem wyjątek, ponieważ Rincewind. Byłem wtedy jeszcze przekonany, że choćby się bardzo chciało, nie można napisać nic kiepskiego z Rincewindem w roli głównej. Przecież ten bohater najbardziej marną fabułę potrafi uczynić świeżą i zabawną. Jakże się myliłem!

„Ostatni kontynent” to parodia Australii. Tyle. Trzysta stron czerstwych dowcipów opartych na australijskich stereotypach. Czytelnicza droga przez mękę.

„Ale zaraz”, powiecie. „To „Ciekawe czasy”, przedstawiające Chiny i Japonię w zwierciadle satyry, bardzo ci się podobają, a kiedy Pratchett w „Ostatnim kontynencie” robi to samo z Australią, nagle ci się nie podoba?” Ano tak. Nie chodzi o to, co autor parodiuje, ale o to, jak to robi. „Ciekawe czasy” są przezabawne, natomiast „Ostatni kontynent” to satyra złożona z najbardziej płaskich i ogranych żartów.

A druga zasadnicza różnica jest taka, że „Ciekawe czasy” mają coś, co jest dość istotne w książkach, nawet tych nie na poważnie – fabułę. Są opowieścią, która przy okazji żartuje z pewnych rzeczy. „Ostatni kontynent” natomiast jest żartem od początku do końca, nie próbując nawet być opowieścią. Naprawdę, Rincewind jest tu po prostu przerzucany od jednego australijskiego skeczu do następnego i autor mało dba o to, żeby te wszystkie luźne wice układały się w jakąś całość. Powiedzieć o fabule „Ostatniego kontynentu”, że jest pretekstowa, to jeszcze byłaby pochwała na wyrost.

............................................................

Tym sposobem dociągnęliśmy jakoś do końca dzisiejszej notki. Kiedy zaczynaliście czytać, słońce stało jeszcze wysoko na niebie, a teraz co? Ciemno wszędzie i pora iść spać.

Jak widzicie, z mojej perspektywy wygląda to tak: „Świat Dysku” rozpoczął życie jako coś świeżego, pełnego pomysłów, energii, przygód i humoru, ale niestety później stało się z nim to, co dzieje się z wieloma seriami – wyeksploatował się i stał się swoim cieniem. Zmienił się w cykl wymęczonych książek na każdy temat, zupełnie jakby Pratchett uznał, że nie ma tematyki zbyt nudnej i prozaicznej, by osnuć wokół niej fabułę powieści fantasy. A przecież nawet jeśli można pisać o wszystkim, to nie oznacza, że o wszystkim warto.

Mimo wszystko wkład autora w światową literaturę fantasy jest niezaprzeczalny i wiele znaczy dla czytelników, w tym dla mnie, bo przypuszczam, że do końca życia będę co jakiś czas powracał do cyklu o Rincewindzie, trylogii o trzech wiedźmach czy „Morta”.

Poza tym to, co tu wyraziłem, to tylko moja osobista opinia. Mój głos nie jest głosem większości, a, jak już wspomniałem, nawet te książki, które dla mnie są słabsze, mają całe rzesze fanów. Wielu miłośników „Świata Dysku” wręcz woli ten jego nurt „biznesowy”. Więc tak czy siak Pratchett odszedł zdecydowanie za wcześnie. Mógł jeszcze dostarczyć swoim czytelnikom wiele uśmiechu. Jeżeli nie mnie, to innym – tym, którym późniejsze części „Świata Dysku” podobają się tak, jak mi się podobają te wcześniejsze. Tym, którzy z niecierpliwością oczekiwali na następne, których już niestety nie będzie im dane przeczytać.

...........................................

Mój subiektywny ranking Świata Dysku, od najsłabszej do najlepszej książki (oczywiście są tu tylko te, które czytałem):

24. Piekło pocztowe

23. Ostatni kontynent

22. Równoumagicznienie

21. Wiedźmikołaj

20. Na glinianych nogach

19. Ruchome obrazki

18. Wolni Ciut Ludzie

17. Piramidy

16. Muzyka duszy

15. Maskarada

14. Zbrojni

13. Kolor magii

12. Straż! Straż!

11. Eryk

10. Blask fantastyczny

9. Kosiarz

8. Pomniejsze bóstwa

7. Wyprawa czarownic

6. Ostatni bohater

5. Czarodzicielstwo

4. Trzy wiedźmy

3. Panowie i damy

2. Ciekawe czasy

1. Mort

 

You have no rights to post comments