książka Katarzyny Miszczuk

To miała być space opera z jajem. Przygody w kosmosie doprawione szczodrą dawką humoru. Ta książka miała sprawić, że porwie mnie wartki nurt zdarzeń na galaktyczną skalę i że raz po raz będę spadał z krzesła ze śmiechu! Miało być tak pięknie! No właśnie, miało. Ale coś nie pykło.

Trzeba oddać książce sprawiedliwość, że grupa bohaterów, których losy śledzimy, to rzeczywiście zbiór niezłych oryginałów. Postacie są przerysowane, ale to dobrze. Tak ma być. Dzięki temu są charakterystyczne. Można się z nimi zżyć, można je polubić. Może nie wszystkie, ale przynajmniej niektóre. Więc tutaj autorce się nawet udało.

Sama fabuła... ehhmm... powiedzmy, że ujdzie - bohaterowie ruszają statkiem kosmicznym (tytułowym "Gwiezdnym Wojownikiem") na misję ratowania Ziemi. Trafiają się tu niepotrzebne przestoje (na przykład załoga przez cały rozdział szuka pająka, który uciekł ze swojego terrarium), no i w ogóle mogłoby być więcej przygód, ale mimo wszystko trochę się dzieje.

Więc w kwestii fabuły i postaci nie jest najgorzej. Co zatem zawiodło? Książka ma dwa duże minusy, które niestety przesłaniają wszelkie plusy.

Po pierwsze, styl. Nie znam twórczości Katarzyny Bereniki Miszczuk. „Gwiezdny Wojownik” to pierwsza jej książka, z którą miałem styczność. Nie wiem więc, czy był to wypadek przy pracy, czy też autorka zawsze tak pisze, w każdym razie podczas lektury zrodziło się we mnie mocne przypuszczenie, że pisała to gimnazjalistka. No to wchodzę na Wikipedię, żeby to sprawdzić, ale nie! Data wydania - 2014. Miszczuk należy do rocznika '88. Więc nie, pisząc tę książkę, gimnazjum miała już dawno za sobą. Nigdy nie byłem ścisłowcem, ale wychodzi mi na to, że w chwili wydania „Gwiezdnego Wojownika” Miszczuk miała już 26 lat. W związku z czym pojawia się pytanie, które pozwolę tu sobie niniejszym sformułować: JAK, DO LICHA CIĘŻKIEGO, W TAKIM WIEKU MOŻNA PISAĆ TAK ŹLE?!!!! Jeśli macie jakieś wyjaśnienie tego fenomenu, przysyłajcie odpowiedzi, można wygrać toster.

Nie no, nie piszcie. Nic nie wygracie. To był tylko żart. Co, sami się zorientowaliście? To, kurde, macie problem, bo wyjaśnianie żartów będzie tu motywem przewodnim. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Styl Miszczuk jest niedbały, toporny, pozbawiony finezji i ogólnie jakiś taki mało literacki. Autorka nie przejmuje się takimi drobiazgami jak używanie tych samych wyrazów w bliskim sąsiedztwie. Cierpi też na inną przypadłość, mianowicie skłonność do redundancji. Dobra, zamiast szpanować wyszukaną terminologią, powiem po ludzku, o co mi chodzi - Miszczuk często tę samą informację podaje dwa albo nawet trzy razy. Wygląda to tak, jakby na opisanie jednej rzeczy wymyśliła trzy różne sposoby i zamiast wybrać jeden z nich, postanowiła użyć wszystkich w jednym akapicie.

Co chwilę się to zdarza w jej książce - informacje są niepotrzebnie powtarzane. Dam przykład, żeby nie było, że wymyślam. „Uważała go za starego, obleśnego typa. Nie podobał się jej.” Droga autorko, skoro uważała go za obleśnego typa, to jest jasne, że się nie podobał. Wszyscy to już zdążyliśmy załapać. Nie trzeba nam w drugim zdaniu wyjaśniać, o co chodzi w pierwszym.

Inny fragment mówi o balu. „To dlatego nie mogło na nim zabraknąć koronowanych głów i celebrytów ze wszystkich planet otaczających Słońce. Każdy, kto coś znaczył, po prostu musiał się na nim pojawić.” Widzicie? Znowu drugie zdanie mówi to samo, co wynika z pierwszego. Miszczuk ciągle stosuje takie dopowiadanie oczywistości, jakby chciała mieć pewność, że wszyscy na pewno zrozumieli, i musiała w związku z tym kłaść to czytelnikom do głów łopatą.

Nie wstał. Nie zamierzał płaszczyć się przed obcym władcą. Podlegał wyłącznie zwierzchnikom Zjednoczonej Armii Gwiezdnej Ziemi. Nikt inny nie miał nad nim władzy (...)” Co to ma być?! Znowu zamiast napisać coś raz, Miszczuk powtarza tę samą informację. A to tylko pierwsze z brzegu przykłady. Nie są one bynajmniej odosobnionymi przypadkami - takie stylistyczne potworki pojawiają się niemal bez przerwy. Praktycznie na każdej stronie tej książki mógłbym Wam wyszukać jakiś niechlubny przykład.

To mniej więcej taki niezgrabny styl, jaki sam miewam. Z bólem przyznaję, że znajdziecie go w niektórych moich utworach, na przykład w „Wybrańcu” (którego dużą część napisałem jeszcze w gimnazjum) nieraz pojawiają się właśnie takie kwiatki. Również pisząc tego bloga pewnie się ich nie ustrzegę. Rzecz jednak w tym, że ja jestem pisarzem-amatorem, którego nikt nie czyta, a Miszczuk jest autorką bijącą rekordy popularności - od takich oczekuje się nieco więcej.

Miszczuk pisze, jakby miała potrzebę dopowiadania wszystkiego do ostatniej kropki i przecinka. Stąd też nieraz jej narracja się zatrzymuje, żeby wyjaśnić różne kwestie. Niestety nawet te, które dla czytelnika są oczywiste. Czasem też wstrzela się z wyjaśnieniem w najmniej odpowiednim momencie. „Chwytak wciągnął kapsułę do tak zwanej śluzy, czyli części statku, która bezpiecznie otwierała się na zewnątrz”. Miło, że Miszczuk wyjaśnia nam, czym jest śluza (no bo dobra, teoretycznie mogą się przytrafić jacyś czytelnicy, którzy tego nie wiedzą), ale sęk w tym, że... robi to na jednej z ostatnich stron. A wcześniej w książce swobodnie używa tego terminu, nie siląc się wcale na wyjaśnienia. Więc czemu dopiero teraz, na zakończenie? Dziwne, no nie? I właśnie o tym tu mówię - książka jest napisana po prostu niedbale.

Napisałem, że „Gwiezdny Wojownik” ma dwa duże minusy. Jednym z nich jest zatem styl, a jaki jest drugi największy mankament tej powieści? Niestety humor. Wydawałoby się, że jak się pisze humorystyczną książkę, to właśnie humor jest tą jedną rzeczą, której nie można zepsuć. To przez pryzmat żartów czytelnik będzie oceniał powieść i satysfakcję płynącą z lektury. Styl, fabuła, postacie - to wszystko można od biedy olać, ale jeśli zabierasz się za pisanie komedii, to lepiej, żebyś, do diaska, miał niezłe poczucie humoru!

Miszczuk stale stara się rozbawić czytelnika, ale te próby są desperackie i nie przynoszą rezultatu. Autorka nie ma za grosz komediowego wyczucia. Sadzi żarty niskich lotów i pozbawione finezji, ale nie to jest największym problemem - one po prostu nie są zabawne! Chyba że na przykład bawi Was, że pokładowy lekarz ma na nazwisko Strzykawka, a pani strzelec nosi nazwisko Bullet (pocisk). Śmieszne? No raczej nie.

Albo obczajcie taki cytat: „Pamiętała, jak sama czuła się po zażyciu meskaliny na jego statku. W żadnym razie nie rozmawiała wtedy ze swoimi przodkami. Wydawało jej się, że wszędzie widzi tyłki. Przodków zdecydowanie nie zauważyła.” Zaśmialiście się? Nie? To znaczy, że wszystko z wami w porządku. Humor w książce to właśnie takie siermiężne dowcipy, przy których co najwyżej mógłby zarechotać wujek Staszek na suto zakrapianych imieninach.

Są też żarty (?), które polegają na tym, że pojawia się nawiązanie do jakiegoś innego dzieła fantastyki. Tylko że właśnie ograniczają się do samego nawiązania. Nie do sparodiowania, dowcipnego przekształcenia - po prostu do nawiązania, jakby Miszczuk chciała się nam pochwalić, że widziała „Gwiezdne wojny” albo „Obcego”. Tylko czym się tu chwalić? Wszyscy widzieliśmy.

Na przykład księżniczka ma fryzurę przypominającą ogromne słuchawki. Czyż to nawiązanie do „Gwiezdnych wojen” nie jest zabawne? Macie rację, nie jest. Zabawne to mogło być w „Kosmicznych jajach” Mela Brooksa, gdzie widz myślał, że księżniczka Vespa nosi fryzurę jak Leia, by potem okazało się, że tak naprawdę to wcale nie fryzura, tylko Vespa ma właśnie wielkie słuchawki na głowie. Więc w swojej książce Miszczuk  nie tylko powtórzyła stary żart sprzed trzech dekad, ale jeszcze w dodatku go spaliła.

Nawet jeśli trafiają się czasami (rzadko) żarty, w których tkwi pewien potencjał, to zostają one przez autorkę bezlitośnie zarżnięte. W jaki sposób? Cóż, jak już się zorientowaliście, Miszczuk napisała swoją książkę tak, jakby uważała czytelników za ludzi ciężko kapujących, którzy nic nie skumają, jak im się nie wyłoży kawy na ławę. Stąd wspomniana łopatologiczność stylu. Ale to podejście jeszcze gorzej sprawdza się właśnie przy żartach. Autorka ciągle, z uporem godnym lepszej sprawy, wyjaśnia, o co w tych żartach chodzi. To razi tym bardziej, że nie jest to wcale humor wysokich lotów, nie trzeba więc być tytanem intelektu, żeby go rozumieć. Ale chociaż dla czytelnika wszystko jest jasne, Miszczuk i tak wyjaśnia, o co chodzi w dowcipie.

Na przykład w jednej scenie bohaterowie zastanawiają się, czy ich towarzyszowi wystarczy powietrza i jedzenia w kapsule ratunkowej. Jedna z postaci zauważa, że ilość jedzenia i prowiantu została obliczona, by wystarczała na miesiąc, ale że kapsuła została zaprojektowana dla trzech osób, to znaczy, że kiedy jest w niej tylko jeden pasażer, powinno mu wystarczyć na trzy razy tyle. Na co księżniczka Sisi odpowiada: „Nie, dla jednej osoby wystarczy na miesiąc. Dla trzech na okres trzykrotnie mniejszy. To chwyt marketingowy. W reklamach podaje się, że jedzenia wystarcza na miesiąc i że zmieszczą się tam maksymalnie trzy osoby. Nie wspomina się, że zaopatrzenie jest liczone na jednego pasażera.”

Rozumiecie, na czym polega tu żart? Jasne, że rozumiecie, ponieważ nie jesteście skończonymi kretynami. Niestety Miszczuk chyba myśli, że właśnie jesteście. Każdy z nas rozumie ten żart, bo wie, jak reklamy lubią przekłamywać rzeczywistość, by ukazać produkt w jak najlepszym świetle. Ale autorka pomyślała sobie „Czytelnicy to przygłupy, trzeba im wyjaśnić, z czego mają się śmiać”. I dlatego pod przytoczonym powyżej wywodem bohaterki, książka dodaje: „Reklamy, tak samo jak w dwudziestym pierwszym wieku, wciąż mijały się z prawdą, aby ukazać produkt w jak najlepszym świetle.” No dzięki za wyjaśnienie! Było naprawdę niezbędne!

Innym przykładem pisarskiej nadgorliwości w kwestii żartów jest cukierniczy szyfr, który król Epple stosuje, gdy porozumiewa się ze swoimi podkomendnymi. Szyfr ma być zabawny dla czytelnika, ponieważ, no wiecie, postacie mówią o swoich wielkich planach i wojskowych operacjach, używając takich terminów jak „anyżowe babeczki” czy „żelkowe misie”. Ha, ha. No dobrze, oklepany trochę ten żart, ale nie wybrzydzajmy. Problem tkwi w czym innym. Otóż szyfr jest tak skonstruowany, że chociaż postacie mówią o ciastkach i cukierkach, my, jako czytelnicy, doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, o czym tak naprawdę toczy się dyskusja. Ale, jak już na pewno się domyślacie, po takiej dyskusji autorka i tak zawsze walnie nam tłumaczenie CAŁEJ rozmowy, którą dopiero co przeczytaliśmy. Bo inaczej moglibyśmy się nie kapnąć, o co chodzi w żarcie! Słowo daje, można zwariować.

Wydaje mi się, że wydźwięk tej mojej recenzji jest oczywisty, ale zabawię się w Miszczuk i wyjaśnię Wam, czy jest to recenzja pozytywna czy negatywna. Czy zatem polecam „Gwiezdnego Wojownika” Katarzyny Bereniki Miszczuk? Jeżeli lubicie niesamowite przygody w kosmosie, a oprócz tego lubicie też się pośmiać, to nie.

Wciąż brakuje na polskim podwórku dobrej humorystycznej fantastyki. Anglosasi mogą się pochwalić twórczością Terry'ego Pratchetta czy Douglasa Adamsa, a my co? U nas Lem całkiem nieźle poradził sobie w klimatach futurystycznej, kosmicznej komedii - wystarczy sięgnąć po "Cyberiadę", żeby się o tym przekonać. Tylko że to było już dość dawno temu, a od tego czasu bieda.

Sam parę razy próbowałem sił w komediowej fantastyce (TRYB BEZCZELNEJ AUTOPROMOCJI ZAŁĄCZONY: jeśli lubicie fantasy z humorem, możecie rzucić okiem na mój „Ostatni rozdział” - udostępniam go za darmo pod tym linkiem, więc się nie krępujcie). Komediową space operę też kiedyś napisałem, ale to było, jak jeszcze byłem gimbusem, tak więc jest po prostu za słaba, bym się nią miał chwalić. Teraz jednak, po latach, widzę na przykładzie „Gwiezdnego Wojownika”, że książki na takim gimnazjalnym poziomie są wydawane i ludzie je czytają. Co to mówi o stanie dzisiejszej literatury?

Jeśli czytaliście inne książki Miszczuk, to napiszcie mi, czy one wszystkie są takie kiepskie, czy po prostu tak się złożyło, że trafiłem akurat na najgorszą. W sumie sama autorka chyba musi zdawać sobie sprawę, że to dzieło niespecjalnie jej wyszło. Czemu tak myślę? „Gwiezdny Wojownik” kończy się złowieszczą zapowiedzią: „Ciąg dalszy nastąpi...”, tymczasem od premiery minęło sześć lat i nic jakoś nie słychać o drugiej części. Może to oznacza, że dla świata jest jeszcze nadzieja?

Recenzja pochodzi z bloga Mówi się trudno i czyta się dalej.