Publicystyka

Jestem Amerykaninem! I to takim prawdziwym, a nie jakimś Indiańcem! 


Przed premierą "Księżniczki i żaby", której główną bohaterką miała być pierwsza czarnoskóra księżniczka Disneya, pojawiało się wokół tego filmu sporo kontrowersji. Głównie oczywiście były to najrozmaitsze wąty i wąciki czarnej społeczności USA. "Bohaterka nie może być wykorzystywaną do ciężkiej pracy biedną dziewczyną, bo to obraża czarnych!" (to rozumiem, że "Kopciuszek" obraża białych). "Zmieńcie imię głównej bohaterce, bo "Maddy" kojarzy się z "Mammy", a to było popularne imię dla Murzynek w czasach niewolnictwa!" "Przyciemnijcie księcia! Chcemy ciemniejszego! Książę nie może być w tej bajce biały! Czarna bohaterka nie może wiązać się z białym księciem - to niestosowne!" (A jakby ktoś odważył się powiedzieć, że biała bohaterka nie powinna wiązać się z czarnym, zaraz zostałby zwyzywany od rasistów). 

Grunt, że tyle było tych pretensji i zamieszania, aż wreszcie udzielająca głównej bohaterce głosu Anika Noni Rose postanowiła uspokoić sytuację i pojednawczo stwierdziła, że "to nieistotne, czy bohaterka jest czarna czy biała. Ważne, że będzie to pierwsza amerykańska księżniczka w historii animacji Disneya". A mnie ogarnęła lekka konsternacja. Pierwsza amerykańska księżniczka Disneya? Pierwsza? A Pocahontas to skąd była? Z Singapuru? 



No tak, tylko że Pocahontas była Indianką - rodowitą Amerykanką z dziada pradziada, więc to się nie liczy. Prawdziwą amerykańską księżniczką może być tylko Amerykanka przyszywana - afrykańskiego, europejskiego, czy jakiegokolwiek pochodzenia poza amerykańskim. No bo jak tu ma się społeczeństwo USA utożsamić z indiańską księżniczką, skoro składa się owo społeczeństwo nie z Amerykanów rdzennych, lecz właśnie przyszywanych - potomków przybyszów, którzy rodowitych mieszkańców tych ziem podbili i, w dużej mierze, wybili. Z punktu widzenia takiego kraju jak USA, czarna bohaterka "Księżniczki i żaby" rzeczywiście może być pierwszą prawdziwie amerykańską księżniczką, ale dla mnie ta sytuacja wygląda jednak co najmniej niezręcznie. 


Dziecko, nie oglądaj tych białasów! Co z ciebie wyrośnie?! 

Angelina Jolie powinna być bardzo zadowolona z tego, że powstał taki film jak "Księżniczka i żaba". Aktorka ta bowiem ubolewała swego czasu w jednym z wywiadów, że Disney nie ma w swoich filmach czarnych księżniczek, przez co biedna adoptowana córka Jolie nie ma odpowiednich wzorców osobowych. Że niby wszystkie dziewczynki chcą być księżniczkami, a jak tu czarna dziewczynka ma o tym marzyć, gdy wszystkie księżniczki z bajek są białe? (Ludzie z Disneya pewnie przeczytali gdzieś ten wywiad, a ponieważ Jolie to autorytet, zakasali szybko rękawy i wzięli się do roboty). 

Cóż, mogę Angelinie jedynie pogratulować tej refleksji. Tylko czemu np. biali chłopcy nie mają tego problemu, gdy bawią się w Indian? Czy kiedykolwiek któryś z nich stwierdził: "Nie, czekajcie, nie możemy bawić się w Indian. Jesteśmy biali. Nic na to nie poradzimy. To bariera nie do pokonania"? Jasne, że nie! Co dowodzi, że dzieci nie mają wcale takich wydumanych problemów, jak wyobraża sobie Jolie. 

W tym samym wywiadzie aktorka zaznaczyła też, że, właśnie ze względu na owe wzorce, zwraca baczną uwagę na to, jaki kolor skóry mają bohaterowie filmów, które oglądają jej wielokolorowe dzieci. Bo przecież muszą mieć z kim się identyfikować. Cóż za nadgorliwość! Czy Jolie naprawdę sądzi, że dziecko zwraca aż taką uwagę na przynależność rasową i etniczną bajkowych bohaterów? Dzieci nie patrzą na postacie tak powierzchownie jak Angelina. Jeśli jakaś biała postać spodoba się czarnemu dziecku jako wzór do naśladowania, dziecko to, przypuszczam, nie powie: "Ale zaraz... Przecież ja jestem czarny. To nie mogę być taki jak mój ulubiony bohater". 

Wyobrażacie sobie, jak by to wyglądało, gdyby ktoś z nas miał takie same poglądy jak Jolie? "Nie, Zosiu, nie pozwolę ci obejrzeć "Mulan"! Tam nie ma ani jednego białego bohatera! Same żółtki! Nie będziesz się miała z kim utożsamić!" Bez sensu? Oczywiście, że tak (zwłaszcza, że to prawdziwa zbrodnia, nie pozwolić komuś obejrzeć „Mulan”, bo film wszak wymiata)! Dzieci, jak już wspomniałem, nie myślą takimi kategoriami. Rasa bohatera to dla nich sprawa drugorzędna. "Mulan" jest dla nich, owszem, filmem o Azjatce, ale przede wszystkim o dziewczynie odważnej, poświęcającej się dla ojca, zdeterminowanej i nie poddającej się w drodze do celu. I jeśli będą chciały czerpać wzór z tej postaci, to rozsądnie, na zasadzie "Chcę być taka dzielna jak Mulan", a nie "Wiesz, mamo, jak dorosnę to też będę Azjatką jak Mulan, i będę miała takie skośne oczy". To oczywiste. Albo adoptowane dzieci Jolie mają jakieś inne, nieznane mi podejście do bajkowych bohaterów, albo po prostu mają nadgorliwą mamę, która ich postrzegania tych kwestii nie rozumie. 

I żeby już na dobre rozstrzygnąć tę sprawę, dodam, że moim idolem za dziecka był Rafael z „Wojowniczych żółwi ninja” (ach, te lata dziewięćdziesiąte), a mimo to nigdy jakoś nie miałem doła z powodu, że nie jestem żółwiem.

Komentarze   

#1 Joma 2016-02-10 01:29
No to żółwik? Czy może piąteczka?

You have no rights to post comments