Recenzje

Nie wiedziałbym nawet o istnieniu „Jerozolimy wyzwolonej”, gdyby nie to, że była obowiązkową lekturą na studiach. Zatem to dzięki moim filologicznym studiom mogłem poznać to świetne dzieło - po kilkunastu latach stwierdzam, że to jedyna korzyść, jaką mi przyniosły.

Książka, o której dzisiaj chcę wam opowiedzieć, to utwór Torquata Tassa, napisany w XVI wieku, tak więc, no, nie jest to najnowsza wydawnicza pozycja. „Gofred albo Jeruzalem wyzwolona”, bo taki jest pełny tytuł, to epos. Ale nie taki jak „Pan Tadeusz”, że jedzą bigos, grają na cymbałach i tańczą poloneza, tylko taki z prawdziwego zdarzenia - bitwy, bohaterstwo, epicki rozmach, no wiecie. Tak, dobrze myślicie - skoro epos, to znaczy, że „Jerozolima” jest pewnie napisana wierszem. Ano jest. Jest też podzielona na pieśni, a każda pieśń na strofy, a każda strofa ma elegancki układ rymów ABABABCC.

„Jerozolima wyzwolona” opowiada o pierwszej krucjacie. Ale nie jest to opowieść historyczna, która starałaby się wiernie odtworzyć przebieg rzeczywistych wydarzeń. Tasso ujął krucjatę w baśniowe ramy, uczynił z niej coś w rodzaju chrześcijańskiego mitu. Mamy tu więc na przykład smoki i czary (po stronie muzułmańskiej jest czarownik, który rzuca przeciw wojskom przeciwnika różne uroki). Dla mnie takie potraktowanie tematu jest świetną sprawą - trochę fantastyki przecież nikomu nie zaszkodzi.

Jeśli chodzi o eposy o tematyce wojennej, to dla mnie „Jerozolima wyzwolona” bije na głowę Homerowską „Iliadę”. „Iliada” to oczywiście też niekiepski kawałek literatury, ale Homer lubił przeciągać pewne sprawy. „Tu sobie wrzucę katalog okrętów na kilkaset wersów, tu poświęcę kolejne kilkaset na opis tarczy Achillesa, a tutaj wrąbię opis całej historii życia tego statysty, którego Achilles właśnie ubił”. „Jerozolima” jest o tyle lepsza, że nie ma tu tego typu dłużyzn. Owszem, nieraz zdarzają się rozbudowane porównania homeryckie, ale są napisane tak zręcznym językiem, że przyjemnie się je czyta.

Epos Tassa jest dziełem o dużym rozmachu. Po obu stronach przedstawionego tu konfliktu mamy sporo barwnych postaci. Po stronie krzyżowców tym głównym bohaterem teoretycznie powinien być Gofred (Gotfryd z Bouillon), jako przywódca krucjaty, no i postać tytułowa. Ale nie. Owszem, gra ważną rolę, jednak przyćmiewają go postacie innych krzyżowców, przede wszystkim najlepszy chrześcijański rycerz Rynald i sentymentalno-melancholijno-romantyczny Tankred, wzdychający do dziewczyny walczącej po przeciwnej stronie. Są i inne zapadające w pamięć postacie - Odoard i Gildyppa, czyli wspólnie walczące małżeństwo, szpieg Wafryn, bracia Gofreda - Baldwin i Eustacy.

Nie brakuje interesujących bohaterów również wśród Saracenów. Można by sądzić, że skoro są oni przeciwnikami Gofreda, jego ludzi i ogólnie chrześcijaństwa, Tasso przedstawi muzułmanów w przerysowanym negatywnym świetle, jak prawdziwe czarne charaktery tej historii. Ale okazuje się, że nie. W każdym razie nie wszystkich - muzułmanie w eposie są grupą zróżnicowaną. Niektórzy są rzeczywiście źli, ale inni to dzielni ludzie, którzy po prostu próbują bronić swoich domów. Jest tu mężna i szlachetna Klorynda, która stoi na czele muzułmańskich wojsk (taa, islamiści pozwalają, żeby niewiasta nimi dowodziła - jak mówiłem, utwór ma elementy fantastyki), jest niegodziwy czarownik Izmen, porywczy ArgantErminia cierpiąca męki nieszczęśliwej miłości, czarodziejka Armida wahająca się między miłością do Rynalda a obowiązkami wobec swego ludu, prawy i dzielny Altamor, którego odwaga robi niemałe wrażenie nawet na krzyżowcach...

Mimochodem tylko wspomnę, że choć postacie są zróżnicowane pod względem charakterów, to gorzej sprawa wypada z tym, jak jest opisany ich wygląd. Tu już trudno byłoby ich odróżnić. Wszyscy wydają się wyciosani z jednego wzorca. Na przykład każda występująca tu niewiasta ma złoty warkocz. I jak ja mam je sobie zwizualizować tak, żeby się różniły? W przypadku Europejek to jeszcze jakoś ujdzie, ale żeby każda z trzech występujących tu Saracenek też miała złote włosy? No nie wiem, nie tak sobie wyobrażam ludzi z Bliskiego Wschodu, ale w sumie nie było mnie tam w czasach pierwszej krucjaty. Może coś się od tego czasu zmieniło.

Wracając do tematu, między innymi właśnie dlatego „Jerozolima wyzwolona” tak wciąga, bo po obu stronach konfliktu mamy wiele ciekawych i pełnokrwistych postaci, nieraz niejednoznacznych, wielowymiarowych - każdy czytelnik bez trudu powinien wśród tej bogatej obsady znaleźć sobie jakichś ulubieńców.

Lwia część akcji to oczywiście bitwy. Tego zresztą oczekujemy - jak wojna, to wojna. Opisane są bardzo dynamicznie i obrazowo. Forma wierszowa, mam wrażenie, dodaje scenom batalistycznym dynamiki. Walka ma swój rytm, który dzięki zręcznej kompozycji poetyckiej można naprawdę poczuć. Nieraz czułem, jakbym rzeczywiście był w środku bitwy i na bieżąco, z zapartym tchem, obserwował, jak tu ktoś kogoś przeszywa mieczem, tam ktoś ledwo zdąża uchylić się przed strzałą, a jeszcze obok ktoś inny zwiera się z przeciwnikiem w morderczym uścisku. Wrażenie obserwacji potyczki na żywo potęguje - charakterystyczna dla tej formy literackiej, jaką jest epos - narracja prowadzona w czasie teraźniejszym. Stąd też w niektórych momentach potyczek aż ma się ochotę zawołać do którejś z postaci „Uchyl się, idioto!” albo „Korzystaj z tarczy!” czy „Teraz masz szansę! Uderzaj!”.

Ale to nie jest tak, że przez cały epos tylko się tłuką. Nie, nie. Jest tu wiele bardziej zróżnicowanych atrakcji. Intrygi. Klątwy (no przecież już mówiłem o czarach, no nie?). Podstępy. Przenikanie do obozu wroga. Takie tam. Zapewniam was, że sporo się dzieje.

Są też romanse. Właściwie to wątki miłosne stanowią chyba z połowę całości. Swego czasu wątki te były zresztą mocno krytykowane, aż Tasso w końcu ugiął się pod naciskami i stworzył „Jerozolimę wyzwoloną 2.0” czyli „Jerozolimę zdobytą”. Można powiedzieć, że to po prostu „Jerozolima wyzwolona” po kastracji - wszelkie wątki romansowe Tasso wywalił w diabły. Czy to pomogło eposowi? Bardzo wątpliwe. Najlepszy dowód to ten, że dziś ta druga wersja utworu odeszła w zapomnienie i jeśli czyta się „Jerozolimę”, to w wersji sprzed przeróbek.

I słusznie, bo naprawdę nie wiem, czemu szesnastowieczni czytelnicy mieli do tych motywów miłosnych jakieś wąty. Dla mnie są ciekawe. Tasso dobrze oddał zarówno piękno jak i cierpienia wypływające z miłości. Dobrze się to czyta, jest ładnie, poetycko ujęte - nie wiem, czego można się tu uczepić.

Muszę jeszcze koniecznie powiedzieć coś więcej o stylu. Oczywiście mogę wypowiedzieć się jedynie o polskim przekładzie, bo niestety nie czytam po włosku. To znaczy czytam, ale nie rozumiem.

Polski przekład „Jerozolimy wyzwolonej” ukazał się z drobnym poślizgiem, czyli mniej więcej cztery dekady po premierze oryginału - pamiętajcie o tym, jeśli kiedyś będziecie się niecierpliwić, oczekując na opóźniające się polskie wydanie jakiejś książki. Autorem przekładu jest Piotr Kochanowski. Uważa się, że robota, którą tu wykonał, daleko wykracza poza zwykłe tłumaczenie. Podobno pod pewnymi względami polska wersja przerasta oryginał - głównie w scenach batalistycznych. Starał się też przystosować tekst do polskiego odbiorcy, stąd różne spolszczenia i nawiązania do naszych realiów (wspomina na przykład o Wiśle i Tatrach). Pamiętacie, jak po „Shreku” tłumacze na siłę starali się pakować polskie nawiązania do dialogów we wszystkich filmach animowanych? Okazuje się, widzicie, że Kochanowski robił to już w XVII wieku. Akurat nie jestem zwolennikiem, no ale cóż - na szczęście w „Jerozolimie” nie zdarza się to jakoś rażąco często.

Co tu dużo gadać, styl nieraz bywa zachwycający. Często nie mogłem wyjść z podziwu, jak sprawnie jest to wszystko zrymowane. To jedno z tych nielicznych dzieł, które czytałem z podwójną przyjemnością, bo mogłem zachwycać się stylem, a jednocześnie naprawdę ciekawiło mnie, co będzie dalej.

Oczywiście skoro przekład powstał na początku XVII wieku, to dla niejednego czytelnika może być dziś trudny, szczególnie z początku, zanim człowiek się przyzwyczai do archaicznego języka. Dla mnie obcowanie ze starą polszczyzną jest wręcz dodatkową zaletą podczas lektury (+ 10 do klimatu). Ale jeśli nie siedzicie w staropolskich klimatach, to lepiej wybierzcie wydanie z dużą ilością przypisów, żeby mieć pewność, że nie umknie wam sens tego, co czytacie (zdarza się - sam przy co trudniejszych kawałkach muszę się zatrzymywać, by pojąć sens niektórych zwrotów). Nie jest to lektura łatwa, ale jest warta, by trochę się wysilić.

Warto wiedzieć, że przełożona na polski „Jerozolima” przez długi czas funkcjonowała w naszym kraju jako epos narodowy. Bez sensu, powiecie? Zagraniczny utwór, w którym nie pojawia się ani jeden Polak - polską epopeją narodową? Cóż to za kulturowe zawłaszczanie! Ale cóż, tak właśnie było. Polska szlachta prowadziła wtedy własną wojnę z muzułmanami, konkretnie z Turkami, toteż łatwo utożsamiała się z bohaterami Tassa.

Potem rolę naszej narodowej epopei pełnił poemat heroiczny „Obleżenie Jasnej Góry Częstochowskiej”, który był mocno inspirowany właśnie eposem Tassa. Sami więc widzicie, jak duże znaczenie dla naszej kultury ma „Jerozolima wyzwolona”. Sięgajcie więc po nią i czytajcie!

Czy widzę w „Jerozolimie wyzwolonej” jakieś minusy? Jeśli miałbym się czegoś czepiać, to tak raczej na siłę, ale trochę uwiera mnie, że wątek Tankreda i Erminii został pozostawiony w zawieszeniu - zabrakło tu wyraźnej puenty, a przydałaby się.

Nie do końca też podoba mi się sposób tytułowania kolejnych pieśni. Każda pieśń zaczyna się tak zwanym „argumentem” - jedną zwrotką, która opisuje treść pieśni. Z jednej strony fajnie, że tytuły są zrymowane jak cała reszta, ale taki nagłówek za każdym razem opisuje dokładnie, co się w danej pieśni wydarzy. Najlepiej więc ich nie czytać, dopóki nie przeczyta się samej pieśni, bo po co psuć sobie odbiór spojlerami?

Szczerze mówiąc, zdaję sobie sprawę, że „Jerozolima wyzwolona” przez wielu zostanie odebrana jako utwór niedzisiejszy, a może nawet - o zgrozo! - nudny. Kto wie, może w dzisiejszym świecie nie ma już miejsca dla takich rycerskich opowieści, pełnych przygód, magii i miłości? Trochę szkoda. Ja zawsze z chęcią wracam do owych dzieł z zamierzchłych epok, zwłaszcza jeśli są takie jak "Jerozolima wyzwolona" - nie tylko piękne artystycznie, ale też po prostu po ludzku wciągające i atrakcyjne czytelniczo. Dla mnie takie dzieła nie mogą się zestarzeć.

Tę i inne recenzje znajdziecie na moim blogu Mówi się trudno i czyta się dalej.

You have no rights to post comments