Recenzje

Na tę powieść natknąłem się kiedyś na ulicznym straganie z tanimi książkami. Swego czasu chętnie zatrzymywałem się przy takich straganach i kupowałem wszystko, co mnie zainteresowało - to była fajna sprawa, bo za 5 czy 3 zł można było nabyć książkę w całkiem niezłym stanie. Wziąłem „Smoka i jerzego”, bo lubię smoki jak wszyscy, a poza tym, jak to już kiedyś tam wspominałem, dziwne tytuły łatwo przyciągają moją uwagę. A „Smok i jerzy” to bez wątpienia dziwny tytuł. No bo czemu „jerzy” jest napisany małą literą? I skąd ten przestawny szyk? Legenda mówi o Jerzym i smoku, więc czemu te wyrazy są zamienione miejscami? To tak, jakby napisać „Lolek i Bolek”. Albo „Flap i Flip”. Albo „Dale i Chip”. Albo „Pumba i Timon”. Albo „Kamień filozoficzny i Harry Potter”. „Templariusze i Pan Samochodzik”! „Jego chłopiec i koń”! Widzicie? Tego się po prostu nie robi.

Biorąc się do lektury, nie wiedziałem, z czym właściwie będę mieć do czynienia. A okazuje się, że to wcale nie jest jakieś nieznane powieścidło, jak mi się wydawało. Toż to pierwsza część cyklu o Smoczym Rycerzu! Oprócz „Smoka i jerzego” jest jeszcze dziewięć następnych części! I jest to podobno klasyka fantasy, którą trzeba znać i w ogóle!

Kiedy zasiadałem do czytania, nie byłem świadomy statusu tego dzieła. Oczywiście mógłbym po powrocie z książkowych zakupów wejść do internetu i sprawdzić, jakież to rarytasy wpadły w moje ręce, ale zwykle tego nie robię. Wolę podchodzić do książki, wiedząc o niej jak najmniej. W ten sposób podczas lektury czeka mnie więcej niespodzianek. No i dzięki temu nie wyrabiam sobie na zapas opinii i nie mam konkretnych oczekiwań. Podchodzę do książki z otwartym umysłem.

No dobrze, to o co chodzi w „Smoku i jerzym”? Na skutek niefortunnego eksperymentu na uczelni dziewczyna głównego bohatera przenosi się w przeszłość. Główny bohater, Jim, przenosi się również, aby ją ratować i sprowadzić z powrotem. A tam w tej przeszłości są smoki! A ponieważ podróż w czasie wyszła nie do końca tak jak miała, świadomość Jima zostaje uwięziona w ciele jednego ze smoków.

Pomysł wyjściowy jest spoko i daje duże pole do popisu, musicie to przyznać. Człowiek (czy też raczej „jerzy”, bo tym słowem smoki określają wszystkich przedstawicieli ludzkiego gatunku) uwięziony w ciele smoka, poznaje od środka smoczą społeczność i musi zachowywać się tak, by nie zostać zdemaskowanym przez otaczające go zewsząd groźne gady. Tak więc jest potencjał.

Kłopot w tym, że na niewiele tego potencjału wystarcza, bo Jim spędza wśród smoków tylko jeden rozdział. Słownie jeden! A potem co? Potem cała opowieść zmienia się w coś na kształt gry komputerowej. Takie przynajmniej jest moje wrażenie - jakby jakaś gra komputerowa została żywcem przeniesiona na karty książki. Co jest tym dziwniejsze, że „Smok i jerzy” został wydany w 1976, a wtedy gry komputerowe dopiero raczkowały.

No ale popatrzcie! Ukochana Jima zostaje porwana i zamknięta w mrocznej twierdzy. Jim musi wyruszyć na daleką wyprawę do owej twierdzy, ale najpierw musi skompletować ekipę. Takie dosłownie dostaje polecenie: Nie idź do twierdzy zła, dopóki nie uzbierasz ekipy. Więc mamy, jak w jakiejś grze, zadanie, z którym trzeba się uporać, zanim odblokuje się kolejna misja. Drużyna Jima powiększa się kolejno o nowych towarzyszy, z których oczywiście każdy ma inne skille, przydatne w walce z innym typem przeciwników.

Kto jest głównym przeciwnikiem? Kto stoi za porwaniem ukochanej Jima? Oczywiście, jak zwykle, są to jakieś ciemne moce, mające swą siedzibę we wspomnianej twierdzy. Tylko że w „Smoku i jerzym” występują one po prostu jako Ciemne Moce. Autorowi nie chciało się nawet wymyślać, kto będzie reprezentantem zła w jego książce. Nie że jakiś tam Sauron, albo, kurde, Biała Czarownica, Szkieletor czy choćby książę Igthorn. Nie, no po co! Ciemne moce w tej książce to zwyczajnie Ciemne Moce i nie drąż tematu. Nie pytaj, czym tak w ogóle są i skąd się wzięły. Są potężne i złe, czego chcesz więcej? Tylko tyle musisz o nich wiedzieć.

To zagranie ze strony autora jest albo bardzo leniwe albo bardzo sprytne. No bo może wcale nie poszedł na łatwiznę? Może tylko uznał, że w sumie czytelnik i tak wie, że w takich opowieściach czarny charakter pełni rolę pretekstową - ot, musi być ktoś, kto da pozytywnym bohaterom powód do działania i będzie ich przeciwnikiem - więc w sumie nie ma znaczenia, jak sobie go nazwiemy, zatem równie dobrze mogą to być po prostu Ciemne Moce i git.

Książka jest więc oparta na konstrukcji prostej jak budowa cepa (i przywodzącej mi na myśl, raz jeszcze powtórzę, grę na komputer). Bohater musi uzbierać ekipę, następnie wyruszyć do twierdzy, w której Ciemne Moce więżą jego ukochaną, pokonać po drodze iluś przeciwników, a po dotarciu na miejsce... No, co on i jego towarzysze powinni zrobić po dotarciu do twierdzy złych sił? Jak myślicie? W jaki sposób zwalcza się Ciemne Moce? Oczywiście pokonując kilku bossów! A ponieważ każdy towarzysz Jima ma umiejętności, dające mu przewagę w walce z innym typem potwora, to i każdy bierze na siebie innego bossa. No i tyle. W drodze musisz pokonać kilka potworów, a jak dotrzesz do twierdzy zła, to musisz pokonać kilka większych potworów. Jak ci się uda, wygrałeś. Rozwaliłeś Ciemne Moce. Podobało się? To zagraj kiedyś na Hard Mode.

Oprócz tego, że książka ma taką właśnie ubogą fabularną konstrukcję, uderzającą prostotą i banałem, ma też bardzo dziwne tempo. Niektóre rzeczy są przeciągane (na przykład zanim Jim przeniesie się do świata smoków, sporo miejsca jest poświęcone na to jak wraz z narzeczoną próbują wynająć przyczepę, co w dalszej części książki nie ma żadnego znaczenia), a inne dzieją się w przyśpieszonym tempie. Podam wam na to przepyszny przykład.

Co byście powiedzieli, gdyby po długich przygotowaniach do bitwy o Helmowy Jar, sama bitwa rozstrzygnęła się po pięciu minutach? Albo jakby po tym, jak przez połowę książki Katniss przygotowywała się do udziału w Głodowych Igrzyskach, same Igrzyska zostały w formie skrótowej opisane w jednym rozdziale? Byłoby to rozczarowujące, bo nie po to robi się pod jakieś wydarzenie długą podbudowę, żeby samo wydarzenie przedstawić pobieżnie. Chyba że w „Smoku i jerzym” - tu się tak właśnie robi.

Jest sobie zamek, który został zajęty siłą przez jednego złego gostka, który służy Ciemnym Mocom. Nasi bohaterowie postanawiają odbić ów zamek, jako że należy on do narzeczonej jednego z nich. Trzeba obmyślić śmiały i chytry plan, a następnie wprowadzić go w życie. I jak autor to przedstawił? Otóż na tworzenie planu działania i obmyślanie wszelkich jego szczegółów poświęcił aż trzydzieści dwie strony, podczas gdy samo odbijanie zamku zajmuje... cztery i pół strony. I co sobie potem czytelnik ma pomyśleć? Powiem wam, co ja pomyślałem: „Zaraz, to już? To już wszystko? Ale jak... kiedy... To była cała ta wielka akcja?”

Książka jest też dość niejasna, bo w sumie do teraz nie wiem, gdzie konkretnie przenieśli się Jim i jego luba - do przeszłości czy w ogóle do jakiegoś innego świata? Wiele wskazuje, że to jednak inny świat, no bo są smoki, magia, czarodzieje, różnorakie potwory, a także gadające zwierzaki rodem z Narnii (bo nie tylko smoki tu mówią, ale też wilki). To nie wygląda jak nasz świat, prawda?

No ale zaraz, to nie jest takie proste! Bo z drugiej strony mamy tu wspomniane kraje takie jak Walia czy Francja, panuje chrześcijaństwo, jest mowa o krucjatach. A i gadający wilk, choć jest gadającym wilkiem, to z uporem powtarza też, że jest wilkiem angielskim. Jim poza tym zauważając, że jego ukochana góruje wzrostem nad większością innych ludzi, przypomina sobie, że no rzeczywiście, w średniowieczu ludzie byli niżsi niż obecnie. A więc... co tu się właściwie odwala? Bohater tak jakby przeniósł się do średniowiecznej Wielkiej Brytanii, ale nie takiej prawdziwej, tylko raczej do jej legendarnej czy baśniowej wersji. Kupujecie to? Mnie taka decyzja autora nie przeszkadza, ale niektórych czytelników może to dezorientować.

Przeczytawszy tę recenzję, może myślicie sobie: „Jasny gwint, ten Mazur znowu się czepia. Nic mu się nigdy nie podoba. Nawet klasykom literatury fantasy nie przepuści”.

Ale zapewniam, że nie jestem jakoś wrogo nastawiony do „Smoka i jerzego”. Ani mnie ta książka nie wynudziła, ani nie wkurzyła, a to już coś. Jeśli kupi się fabularną prostotę i osobliwość świata przedstawionego, to czyta się to nawet sympatycznie. Prostacie tworzą zgraną ekipę, której losy chce się śledzić, jest też nieco całkiem niezłego humoru. Książka zresztą jest samoświadoma w kwestii kreacji powieściowego świata i zdarza jej się mrugać okiem do czytelnika. Jak wtedy, gdy Jim pyta borsuka o drogę. Wszyscy jego towarzysze wytrzeszczają na niego gały. „Jim, czy ty właśnie gadasz z borsukiem? Czy w twoim świecie borsuki gadają po ludzku?” „No nie, ale wilki u mnie też nie gadają”. „Wilki nie gadają? Umysł ci się zmącił. A ile wilków znasz tam u siebie?”

Więc jak, czytać tę książkę czy nie? Możecie ewentualnie po nią sięgnąć, jeśli nie macie jakichś dużych wymagań. To lekka, przygodowa opowiastka w sam raz na dwa wieczory. Kto w końcu powiedział, że trzeba ciągle tylko czytać fantastykę z górnej półki?

Recenzja ukazała się na blogu Mówi się trudno i czyta się dalej.

You have no rights to post comments