Recenzje

Nie wiedziałbym nawet o istnieniu „Jerozolimy wyzwolonej”, gdyby nie to, że była obowiązkową lekturą na studiach. Zatem to dzięki moim filologicznym studiom mogłem poznać to świetne dzieło - po kilkunastu latach stwierdzam, że to jedyna korzyść, jaką mi przyniosły.

Książka, o której dzisiaj chcę wam opowiedzieć, to utwór Torquata Tassa, napisany w XVI wieku, tak więc, no, nie jest to najnowsza wydawnicza pozycja. „Gofred albo Jeruzalem wyzwolona”, bo taki jest pełny tytuł, to epos. Ale nie taki jak „Pan Tadeusz”, że jedzą bigos, grają na cymbałach i tańczą poloneza, tylko taki z prawdziwego zdarzenia - bitwy, bohaterstwo, epicki rozmach, no wiecie. Tak, dobrze myślicie - skoro epos, to znaczy, że „Jerozolima” jest pewnie napisana wierszem. Ano jest. Jest też podzielona na pieśni, a każda pieśń na strofy, a każda strofa ma elegancki układ rymów ABABABCC.

Przeczytałem „Moby Dicka”.

Nie twierdzę, że było łatwo. Gdzieś przy pierwszej ćwierci przeżyłem czytelniczy kryzys, ale jednak się zawziąłem i dobrnąłem do końca. Teraz więc mogę chwalić się na imprezach dla snobów.

Bo wiecie, z „Moby Dickiem” to jak z „Ulissesem” Joyce'a - nikt nie czyta tego dla przyjemności, a jedynie, żeby móc w snobistycznym towarzystwie pochwalić się lekturą. To takie czytelnicze wyzwanie - bierzesz książkę uważaną za hardkorowo trudną i ją czytasz. Na zasadzie: „Co, JA nie przeczytam? Potrzymaj mi piwo!”.

Na tę powieść natknąłem się kiedyś na ulicznym straganie z tanimi książkami. Swego czasu chętnie zatrzymywałem się przy takich straganach i kupowałem wszystko, co mnie zainteresowało - to była fajna sprawa, bo za 5 czy 3 zł można było nabyć książkę w całkiem niezłym stanie. Wziąłem „Smoka i jerzego”, bo lubię smoki jak wszyscy, a poza tym, jak to już kiedyś tam wspominałem, dziwne tytuły łatwo przyciągają moją uwagę. A „Smok i jerzy” to bez wątpienia dziwny tytuł. No bo czemu „jerzy” jest napisany małą literą? I skąd ten przestawny szyk? Legenda mówi o Jerzym i smoku, więc czemu te wyrazy są zamienione miejscami? To tak, jakby napisać „Lolek i Bolek”. Albo „Flap i Flip”. Albo „Dale i Chip”. Albo „Pumba i Timon”. Albo „Kamień filozoficzny i Harry Potter”. „Templariusze i Pan Samochodzik”! „Jego chłopiec i koń”! Widzicie? Tego się po prostu nie robi.

Biorąc się do lektury, nie wiedziałem, z czym właściwie będę mieć do czynienia. A okazuje się, że to wcale nie jest jakieś nieznane powieścidło, jak mi się wydawało. Toż to pierwsza część cyklu o Smoczym Rycerzu! Oprócz „Smoka i jerzego” jest jeszcze dziewięć następnych części! I jest to podobno klasyka fantasy, którą trzeba znać i w ogóle!

Z okazji walentynek powinienem zrecenzować jakieś romansidło. Chyba tak to działa.

Ale zaraz, powiecie być może. Walentynki nie są po to, żeby czytać książki. To dzień, który należy spędzać we dwoje. Oglądanie filmu jeszcze ujdzie, ale czytanie książki odpada, bo to coś, co robi się w samotności.

No dobra, a jeśli nie macie drugiej połówki i spędzacie walentynki w pojedynkę? Co w takim wypadku? Po pierwsze: witajcie w klubie. Po drugie: poczytajcie sobie romansidło - dzięki temu przynajmniej na papierze zobaczycie, o co chodzi z tą całą miłością. A teraz już do recenzji.

 

Normalnie nie czytam takich rzeczy. W sensie, powieści obyczajowych i romansowych. Poprawka, czasem czytam, ale te stare, dziewiętnastowieczne, bo klimat dawniejszych czasów ma swój urok. Współczesność nie ma uroku, więc obyczajówek i romansideł, których akcja dzieje się współcześnie, po prostu nie tykam. Trzeba mieć zasady, no nie? Ale dla „Nad wełnem” zrobiłem wyjątek.

Ostrzeżenie: Czytanie tej książki może wywołać nieodwracalne zmiany w psychice. Nie ma nawet pewności, czy czytanie o czytaniu tej książki jest bezpieczne.

.........................................................................

Tak jak niektórzy piosenkarze są znani tylko z jednego przeboju i przez całą swoją karierę nie są w stanie stworzyć żadnego innego, który by mu dorównał, tak samo bywają i pisarze, którym udaje się tylko jedna książka. Ewentualnie jedna seria. Albo pół serii - tak mam z Ursulą K. Le Guin. Bardzo lubię dwie pierwsze części „Ziemiomorza”, natomiast wszelkie inne powieści tej pisarki, za jakie się biorę, okazują się niezbyt porywające. Podobnie z tym nudziarzem Kiplingiem - obie „Księgi Dżungli” czytałem po wielokroć, ale jakakolwiek inna jego książka sprawia, że oczy mi się momentalnie zamykają.

No i Orson Scott Card. Jego też niestety muszę wrzucić do tej kategorii. W moim odczuciu tak naprawdę udała mu się tylko seria o Enderze. Tak, Saga Cienia też jest super, ale to po prostu gałąź serii o Enderze, więc ją tu wliczam. W całym Enderowskim cyklu nie ma ani jednej książki, którą uważałbym za słabą. Za to inne powieści Carda jakoś zawsze mnie zawodzą.

Mimo to sięgnąłem po „Glizdawce”, bo czemu nie? Prosty ze mnie chłop - jak widzę dziwaczny tytuł, to sięgam z ciekawości. Tak łatwo mnie skusić do lektury. Boleję nad tym, ale co zrobić? Skąd mogłem wiedzieć, że to będzie droga przez mękę?