Nasza twórczość

Literatura - nasza twórczość

Na początek muszę was nieco rozczarować, a przynajmniej niektórych. Jeśli ktoś chwali się tym, że zaczytuje się w twórczości na przykład Joyce'a lub Gombrowicza... niestety mamy poziom zdecydowanie niższy i zbyt krótkie ręce, by nasze publikacje ustawiać na aż tak wysokich półkach.

Jeśli ktoś lubuje się w Pilchu, Pilipiuku, Masłowskiej... też raczej nie znajdzie tu wiele dla siebie. Nasze publikacje ustawiamy raczej po przeciwnej stronie półki.

Nie piszemy też pod dyktat środowisk LGBT, w naszych publikacjach staramy się nie epatować seksem i nie używać słów uznawanych powszechnie za wulgarne. Jeśli ktoś gustuje akurat w takiej „literaturze”, to też było nam miło.

Uf... Chyba zrobiło się nieco luźniej. Jeśli jeszcze ktoś się stąd nie ewakuował, to dobrze, bo wygląda na to, że nasza publicystyka jest właśnie dla niego.

Jeśli lubicie zapomnieć o problemach i poczytać sobie zmyślone historie - ciekawe, wzruszające, pobudzające do myślenia, a momentami zmuszające do śmiechu, to chyba trafiliście we właściwe miejsce.

Czytajcie więc oraz spokojnie komentujcie. I niczym się nie przejmujcie – jeśli wasz komentarz nam się nie spodoba, to go po prostu nie opublikujemy.

To oczywiście taki mały żarcik.

Nie publikujemy tylko tych komentarzy, które naszym zdaniem naruszają zasady kultury i dobrego obyczaju.

 Król Smoków to przezabawne opowiadanie Marka Ł. J. Mazura - pełne aktualnych odniesień do sposobu sprawowania władzy i prowadzenia polityki we współczesnym świecie. To w zasadzie baśń napisana bardziej dla dorosłych niż dla dzieci, ale co szkodzi później im ją po swojemu opowiedzieć. Znajdziecie więc w niej smoki i cynicznego oraz rządnego władzy króla. Nie zabraknie też pięknej dziewczyny i dzielnego, skłonnego do poświęceń rycerza. Ciekawa i barwna, pełna niespodziewanych zwrotów sytuacji akcja, jak to zwykle bywa w baśniach, gdy dobro walczy ze złem. Całość sprawia, że wprost trudno oderwać się od ekranu komputera. Ale zabierając się za czytanie niczym w zasadzie nie ryzykujecie. Śmierć z głodu, czy pragnienia wam nie grozi, bo opowiadanie nie jest długie. Jednak czytania tej opowieści, np. przy przygotowywaniu posiłku stanowczo nie polecamy. Przypalone mięso, to zdecydowanie nie jest dobry pomysł na obiad.

Opowiadanie to było już publikowane na portalu „Nowa fantastyka”, ale uważamy, że warto, by mogli je przeczytać nie tylko miłośnicy fantastyki.

P.S.: Oczywiście każdy ma prawo przeczytać to dzieło, ale żeby zarejestrowani użytkownicy mogli się poczuć trochę lepszymi od gości, dajemy im możliwość ściągnięcia opowiadania w formacie pdf tutaj.

 

Marek Ł. J. Mazur

Król smoków

Jezioro było zaczarowane. To nie ulegało wątpliwości. Zbyt wiele widziano znaków dziwnych i tajemniczych, by w to powątpiewać. Działała tu jakaś prastara magia, która sprawiała, że jezioro o każdej porze dnia i nocy było jednakowo mokre i głębokie. Latem pojawiała się na nim rzęsa wodna, a zimą lód. W jeziorze działy się prawdziwe dziwy. Tonęła w jego wodach każda dziurawa łódź, choć wiele innych rzeczy wrzuconych przez miejscowych do jeziora, potrafiło bez końca pływać po jego powierzchni. Jezioro posiadało też przedziwną właściwość, jak dotąd przypisywaną jedynie magicznym zwierciadłom. Tak przynajmniej twierdzono w okolicy. Powiadano, że kto w pogodny i bezwietrzny poranek zajrzy w czystą taflę, ujrzy w niej najpiękniejsze oblicze na ziemi. Wielu niedowiarków osobiście chciało to sprawdzić i po powrocie niektórzy z nich zarzekali się, że to absolutna prawda. Większość wracała nieco rozczarowana, ale tylko dlatego, że mimo chęci, nie udawało im się w jeziorze dostrzec jego czystej tafli.

Jezioro było też niebezpieczne. Opowiadano o tym ściszonym, zlęknionym szeptem. Szeptano o budzącej przestrach, nie nazwanej grozie czającej się w głębinach. Wielu amatorów pływania, po zanurzeniu się w jego zielonych wodach ginęło bez wieści. Zaś kiedy wiatr wiał od jeziora, przerażeni mieszkańcy okolicznych wiosek zamykali się w domach, uszczelniając na wszelkie sposoby drzwi i okna. Wyczuwali instynktownie, że nadchodzi pomór. Każdy wiedział, że odór śniętych ryb był ponad wytrzymałość zwykłego śmiertelnika.

Iza też wiedziała o tym, że jezioro jest zaczarowane. Przyjmowała to za pewnik, ale w tej chwili niewiele ją to obchodziło. Jezioro już dawno nie wydawało się jej tak piękne. Wschodząca tarcza słońca odbijała się cudnie w tafli wody i wokół było tak cicho. Tak spokojnie.

Iza od dwóch godzin podziwiała tę malowniczą okolicę i nadal nic nie wskazywało, by miała wkrótce stąd odejść. Była do tego miejsca szalenie przywiązana, w czym duża zasługa solidnego, wbitego w ziemię pala i uplecionego przez najlepszych majstrów sznura.

Tkwiła tu na rozkaz króla, a cała sprawa przedstawiała się mniej więcej tak. Jakiś czas temu król poślubił księżniczkę Żwirenę. Władali sobie razem państwem w najlepsze, gdy nagle ich kraj zaczął nawiedzać smok. Nie jakiś tam smoczy wymoczek, ale prawdziwy, nie znający lęku i litości potężny smok. W zasadzie to nawet olbrzymie smoczysko, ale na potrzeby tej opowieści będziemy nazywać go zwyczajnie smokiem. Otóż smok pojawiał się niemal codziennie na królewskich włościach i nękał króla oraz mieszkańców jego państwa, wybierając co smakowitsze kąski, a czego nie chciało mu się wybierać, niszczył. Jego pastwą padały nie tylko plony i bydło. Palił też ogniem stodoły i tratował chaty. Rozwalił nawet jedyną w okolicy karczmę oraz zrównał z ziemią królewski browar. Kiedy do królewskich uszu dotarła wieść o barbarzyństwie smoka, władca niezwłocznie zajął się tym palącym problemem. Niezwłocznie, to znaczy natychmiast, kiedy tylko doniesiono mu o stracie karczmy i browaru.

– Ta bestia wykrwawia i wyniszcza nasz lud – zakrzyknął. – Trzeba temu zaradzić. – I zwołał na naradę swoich najmędrszych oraz najodważniejszych rycerzy. Od razu wszyscy się zgodzili co do faktu, że nie może być zgody na to, by smok bezkarnie atakował ich królestwo i niszczył dobytek poddanych. Że trzeba smokowi dać srogą nauczkę, ale rozwiązanie siłowe to ostateczność. Na drastyczne działania przyjdzie czas, jeśli zawiodą metody pokojowe. Ostatecznie uradzono, że nie należy go drażnić. Raczej podjąć próbę jego ucywilizowania, przyjąć go jak przyjaciela i wystawnie ugościć.

Od tysięcy lat powszechnie wiadomo, że smoka najłatwiej zadowolić przygotowując mu coś, co uraczy jego podniebienie i zapełni brzuszysko. Znawcy tematu twierdzą, że nie ma to jak świeże mięso - soczyste, delikatne i nie za tłuste. Oczywiście sama potrawa musi wyglądać smakowicie. Okazało się, że wszystkie powyższe przymioty takiego smoczego posiłku doskonale spełnia Iza. Ubrano ją w śliczną, przewiewną sukienkę i przedstawiono królowi, a ten przyjrzawszy się jej orzekł, że faktycznie Iza to jest właśnie to, co smoki lubią najbardziej.

Izie powiedziano, iż została wybrana do zaszczytnej misji poświęcenia się za króla, królestwo i całą wspólnotę oraz, że lud nie może poznać całej prawdy o jej poświęceniu, żeby się jej losem zanadto nie przejął.

- Lud ma dość swoich zmartwień – stwierdził król – a ja po to jestem królem, żeby służyć ludowi i nie przysparzać mu niepotrzebnych kłopotów.

Ludowi podano więc do wiadomości, że Iza jest czarownicą, która ściągnęła na kraj przekleństwo w postaci strasznego smoka. Że zwykła ludzka sprawiedliwość domaga się, by poniosła za ten czyn zasłużoną karę. Wobec tego król, mimo swej znanej powszechnie łaskawości, nie miał innego wyjścia, jak tylko dla dobra ludu skazać ją na śmierć w smoczej paszczy ufając, że zadowoli tym smoka i opuści on na zawsze ich krainę.

W efekcie przywiązano Izę do pala i miała czekać, aż smok raczy się pojawić i ją ze smakiem skonsumować. Dodajmy, że czekała w całkowitej samotności. Dziwnym trafem nikt z podwładnych króla nie chciał dotrzymać jej towarzystwa, a sam król niestety nie mógł. Miał ważniejsze obowiązki - jak to król. Monarcha był ludzkim władcą i przy tym dobrotliwym, dlatego przed swoim odjazdem zechciał dodać Izie nieco otuchy swymi łaskawymi słowy:

- Będziemy cię, Izo Belko, miło wspominać – rzekł. – Ty zaś stań się godna naszej pamięci i uczyń wszystko, co w twojej mocy, aby smoka ukontentować. – Po czym zwrócił się do swoich rycerzy. – Przed nami daleka droga! Ruszajmy! Co tam wołacie? Że do zamku w przeciwną stronę? Przecież wiem, chciałem jeszcze tylko rzucić okiem na wodę! – to mówiąc przejechał kilka kroków, po czym zawrócił konia i krzyknął do dziewczyny. – Żegnaj zatem, Izo Belko, i spraw się dobrze!

Iza w rzeczywistości miała na imię Izabella. Nie ucieszyło jej, że król w takim momencie je przekręcił. Już samo Izabella było kuszeniem losu, ale Iza Belka? To było nie fer. Już zaczynała się złościć, kiedy przypomniała sobie jak nazywa się król. Król Russ Kij – aż zatrzęsła się ze śmiechu. Kiedy jeszcze dotarło do niej, że jest on z tego dumny, jej oczy napełniły się łzami. Po chwili się opamiętała – no już starczy, bo jeszcze umrę ze śmiechu. A to by się w tej sytuacji chyba nikomu nie spodobało.

Iza szybko pogodziła się z losem, bo doskonale wiedziała, że kiedy król podjął decyzję, to ani jej płacz, ani prośby, niczego już nie zmienią. Jej położenie nie było lekkie, łatwe i przyjemne, zwłaszcza, że sznury krępowały jej ręce, a drewniany pal uwierał w plecy. Nogi też zaczynały już boleć, a tu ani usiąść, ani się położyć. Mimo to uznała, że skoro nie może niczego zmienić, to nie ma co popadać w depresję i dodatkowo się dołować. I tak już niedługo jej problemy się skończą. Niebawem rozchylą się zarośla i wyjdzie z nich straszliwy potwór.

Smutne przewidywania Izy zdawały się potwierdzać. Od strony lasu dobiegły dziwne odgłosy i krzaki złowieszczo się zatrzęsły. „A więc to już” – pomyślała i wtedy chaszcze rozchyliły się. – „Niemożliwe! Smok nie może tak wyglądać!”

Iza nigdy nie widziała smoka, więc mogła się oczywiście mylić, ale w każdym razie nigdy nie wyobrażała go sobie jako dostojnie odzianego mężczyzny na koniu, w kolczudze na piersiach, hełmie na głowie i z mieczem u pasa.

W istocie, nie był to smok, lecz rycerz wyglądający równie groźnie i nieprzewidywalnie. Ujrzawszy Izę, zatrzymał się. Z pala i sznurów wydedukował, że ma ona zapewne kłopoty. Ruszył więc ku niej śpiesznie. Podjechał, wykonał serię popisów demonstrujących jego jeździecki kunszt, po czym osadził konia i wylądował u jej nóg. Zaraz jednak wstał, otrzepał się i rozmasował bolące kości.

- Bałam się, że to smok. – odezwała się nieco przestraszona Iza.

Rycerz rozejrzał się czujnie na wszystkie strony, po czym dwornie się odezwał.

- Tu nie ma smoka, to tylko mój koń i ja. – Ukłonił się z wdziękiem. – Nie lękaj się, pani! Albowiem przybywam, by... przybywam... hmm... – zastanowił się. – Jeszcze przed chwilą wiedziałem! Wybacz, to wszystko przez mego konia. A przygotowałem taką efektowną kwestię na wejście! Zawsze jej używam, gdy ratuję z opresji cne damy.

- Zawsze? – Z odpowiedzi rycerza Iza wywnioskowała, że bohaterskie czyny to dla niego nie pierwszyzna. – To cudownie. Kim jesteś?

- Jestem rycerzem. – Ponownie się ukłonił. – kawaler de Ba Jarz!

„Nazwisko do bani” – pomyślała Iza. – „Dobrze, że chociaż kawaler.”

- Mnie też nie nazywają Iza ani Izolda, więc znam ten ból. Mam na imię Izabella, ale mówią mi Belka. Jednak będę ci wdzięczna, jeśli ty będziesz się do mnie zwracał „Iza”.

- Iza – powtórzył. – To piękne imię. Na pewno zapamiętam, jeśli to konieczne.

- Właściwie to może być nawet Gertruda, czy Kunegunda. Wszystko mi jedno, byle nie Belka. A tak poza tym... No bo fajnie się gada i w ogóle, ale... mógłbyś mnie... uwolnić? Mogłam się wprawdzie spodziewać rycerza na białym rumaku... Ale nie będę wybrzydzać, choć barwa twojego konia jest taka... jakby brudnoszara.

- Przejeżdżałem przez tereny przemysłowe – usprawiedliwił się de Ba Jarz. – Ale stan umaszczenia konia nie przeszkodzi mi w ocaleniu cię! – Rycerz wyciągnął swój, nieco przykrótki, lecz za to mocno sfatygowany i nadgryziony upływem czasu miecz, który zapewne należał do dawno już zapomnianego przodka. – Oto mój oręż, który zwę... zwę go... Chwileczkę... Jeszcze wczoraj byłem pewien, że pamiętam.

- Może potem mi powiesz?

- Nie! Już sobie przypomniałem. Miecz mój sieje postrach wśród wrogów, lękających się o swe dłonie i stopy, gdyż oręż ten dla tych właśnie części ciała jest najbardziej bezlitosny! Dlatego też zwę go „Postrachem kończyn”! – wyjaśnił i roześmiał się wesoło. Jego śmiech nie trwał jednak długo, bo miecz wyślizgnął mu się z ręki i upadł na nogę. – Auu!!!

- Teraz rozumiem – rzekła Iza, gdy rycerz rozcierał swoją obolałą stopę. – Słuchaj, możesz przeciąć te więzy? To na pewno nie jest żadna filozofia dla rycerza.

- Naturalnie! – zapewnił ją de Ba Jarz. – Miecz mój doskonale się do tego nada, albowiem wszędzie, gdzie tylko się pojawi, tnie i sieje spustoszenie! Jest bardzo ostry, śmiercionośny, budzący trwogę i złowieszczy!

- Tak? Śmiercionośny i budzący trwogę? – Iza z niedowierzaniem spojrzała na stare żelastwo.

- I złowieszczy! – dodał z naciskiem rycerz i demonstracyjnie przeciął mieczem powietrze. Powietrze rozdarło się na dwoje, zaś ostrze złowieszczo odpadło od rękojeści. – A niech to! Jeszcze wczoraj to się trzymało! Ale widziałaś, co zrobiłem z powietrzem?

- Tak, to było niezłe...

- No! I pierwszy raz mi tak daleko poszybowało. – Rycerz dumnie wracał z ostrzem próbując połączyć je z rękojeścią.

- Posłuchaj! – rzekła Iza, z lekkim zniecierpliwieniem obserwując, jak usiłuje poskładać swoją broń w całość. – Jestem ci, jako swojemu wybawcy, wdzięczna za to, że zabawiasz mnie rozmową i demonstracją twych umiejętności... W życiu się tak dobrze nie bawiłam! Ale naprawdę myślę, że powinieneś chyba mnie najpierw uwolnić!

- Naturalnie. Za chwilę. – De Ba Jarz odłożył części miecza i wyciągnął nóż. – Czy wspominałem ci już, że świetnie posługuję się też sztyletem? Zaraz ci to zademonstruję.

Iza wzniosła oczy ku niebu w geście niemej rozpaczy.

- Widzisz tamto drzewo? – zagaił rycerz.

- Tylko kątem oka. Może gdybym nie była związana...

- Patrz więc uważnie. – De Ba Jarz zdawał się puszczać wszystkie jej słowa mimo uszu. – Zaraz będzie tkwił w nim mój sztylet!

Zamachnął się. I oto sztylet, który jeszcze przed chwilą znajdował się w jego ręku, tkwił tam nadal.

- Szałowe – przyznała łaskawie Iza.

De Ba Jarz spojrzał z zaskoczeniem na sztylet w swojej dłoni, która nieopatrznie zaplątała się w rękaw kaftana.

- O! – zawołał zdumiony. – Jeszcze tu jest!

Spojrzał na Izę, po czym znowu się roześmiał.

- No oczywiście, że jeszcze tu jest – powiedział – Po co miałbym nim rzucać? Przecież wyciągnąłem go po to, by przeciąć twoje więzy.

- To cudownie – mruknęła Iza. – Byłabym ci naprawdę wdzięczna...

- To naturalne – stwierdził rycerz. – Po to właśnie wykonuję swoją pracę. Wdzięczność ratowanych przeze mnie niewiast przynosi mi wiele satysfakcji. A trzeba przyznać, że potrafią tę wdzięczność okazać. Księżniczki na przykład. Te to są wyjątkowo hojne. Gotowe są nawet ofiarować mi w podzięce dwadzieścia złotych monet. Naturalnie w grę wchodzi jedynie waluta naszego państwa i tylko w gotówce – dodał na wszelki wypadek. – Dwadzieścia monet to nie jakaś astronomiczna suma i myślę, że wręcz dobre maniery nakazują tym księżniczkom złożyć mi je w podzięce.

- Ale ja nie jestem księżniczką – poinformowała Iza – więc nie spodziewaj się zapłaty.

- Oczywiście, oczywiście! Niczego nie usiłowałem sugerować. Bez obaw! Uwolnię cię, zanim zdążysz powiedzieć: „Jestem wolna”.

Istotnie, Iza nie zdążyła tak powiedzieć. Zdążyła natomiast powiedzieć: „Co tak długo?”, „Zaraz zapuszczę tu korzenie”, a ze dwa razy nawet: „Nie chcę cię poganiać, ale... spróbuj szybciej!”. Przecinanie więzów dołączyło do listy umiejętności, w których rycerz nie był najlepszy. Jednak w końcu Iza rzeczywiście była wolna.

- Widzisz? – rzekł jej wybawca z satysfakcją. – Jesteś wolna. Ale nie musisz mi dziękować.

- A już zamierzałam rzucić ci się na szyję – powiedziała tonem, z którego można było wnioskować, że tak naprawdę była to ostatnia rzecz, o jakiej mogła pomyśleć. – Chwała Bogu, że zdążyłeś przed smokiem.

- Z tym smokiem to na poważnie? – spytał.

- Przecież nie siliłabym się na tak kiepskie żarty.

- No to zbierajmy się stąd. – Rycerz nagle zaczął ruszać się szybciej. – Do tego rzucania się na szyję, możemy wrócić później.

- Co? – Iza podejrzewała, że na skutek ostatnich przeżyć uległa złudzeniu słuchowemu. – Chcesz stąd odejść? Przecież zaraz będzie tu smok!

- No właśnie, dlatego radzę, żeby się pospieszyć. – De Ba Jarz wyglądał na zdziwionego.

- Chcesz uciekać? Chyba powinieneś stanąć do walki – przypomniała uprzejmie Iza.

- Nie, nie sądzę. – Pobłażliwym uśmiechem usiłował jej dać do zrozumienia, że nie ma racji.

- Wszyscy rycerze walczą ze smokami – zauważyła. – No wiesz, to czyni ich rycerzami. Nie uciekają. Walczą. Chyba nie nosicie tych mieczy dla ozdoby.

- No, niby tak... – przyznał niechętnie. – Ale ja, widzisz, mam nad innymi rycerzami pewną przewagę. Mianowicie, jestem wciąż żywy. Poza tym, ja wcale nie uciekam. Ja tylko rozsądnie się wycofuję.

- Rycerz walczy ze smokami dla chwały i honoru. Podczas walki odczuwa bojowego ducha, dumę ze swych poczynań i pewność zwycięstwa! – rzekła Iza.

- Na pewno odczuwa – zgodził się. – Myślę, że uczucia te są tak silne i wzniosłe, iż potrafi je odczuwać nawet do końca życia.

- No widzisz!

- Czyli przez jakieś pół minuty.

- Aha. Jeśli tak to widzisz... – Iza uśmiechnęła się nerwowo. – W takim razie chyba istotnie nie mamy tu nic do roboty. Wycofujmy się!

Ledwie wymówiła te słowa, gdy w pobliżu głośno zabulgotało. Na powierzchni jeziora pojawiły się fale. I nagle z wody wynurzył się wielki miecz. Zaraz za nim pojawiła się okryta łuskami łapa smoka, dzierżącego ów miecz. Potem z wody zaczęła się wynurzać cała jego reszta. Najpierw budzący grozę, przyozdobiony rogami łeb z wielką opatrzoną zębiskami paszczą. Z obu otworów nosowych buchał gęsty dym. Potem z wody wyłonił się pokryty łuskami wielobarwny korpus uwieńczony w górnej części rogowatymi naroślami. Kiedy wychodził z wody, jego potężne łapy tworzyły w niej brudnozielone, tryskające pianą wiry. Smok stanął na brzegu i przeraźliwie zaryczał:

- Strzeżcie się, śmiertelnicy, albowiem jam jest Pandragon, Smok z Jeziora, Władca Smoków, Pan Otchłani, Postrach Śmiertelnych, Nienazwana Groza, Paszcza Przeznaczenia, Pogromca Niepokonanych i Niszczyciel Królewskiego Browaru!

- No dobrze, i co w związku z tym? – Iza była smokiem tak zafascynowana, że nawet nie zdziwiła się, iż mówi on ludzkim głosem. Na dodatek przemawiał w jej języku, a więc musiał być swój.

Jej zachowanie tak zaskoczyło smoka, że na moment stracił rezon. Tego się nie spodziewał. Żaden człowiek na jego widok tak się dotychczas nie zachowywał. Ucieczka, krzyk, czasem krótkie, rzeczowe wypowiedzi w stylu: „Aaaaaaaaa”, lub „A niech mnie! Potwór z mieczem!”, „Uciekajmy”, czy „Ratuj się kto może” – to i owszem. Bywało, że ktoś na jego widok pukał się w głowę i wygłaszał monolog w stylu – „A mówili mi, że jak na jeden raz, dwanaście kufli piwa to stanowczo za dużo”. Ale, żeby do Króla Smoków ktoś odważył się odezwać w taki sposób?

„Co jest?” – pomyślał smok. „Ona się mnie wcale nie boi. Jest na dopalaczach, czy rozum jej odjęło?”

By zyskać na czasie, podszedł bliżej i zaryczał jeszcze raz.

- Nędzne ludzkie poczwarki, zaraz z wami skończę! Pokaż się, bohaterze! Mężny rycerzu, wyjdź z ukrycia. Chyba się mnie nie boisz? Wiem, że jesteś blisko!

Smok był jednak w błędzie, bowiem w pobliżu nie było już ani de Ba Jarza, ani jego konia. Zresztą, gdzie podział się koń, tego nie wiedział nawet jego pan.

Iza stała zaś naprzeciw smoka, kręcąc nosem.

- Ależ ty cuchniesz! – krzyknęła. – Czy wy smoki nie wiecie, co to kąpiel w czystej wodzie?

- Prawie cały czas przebywam w głębinach jeziora i dopiero co wyszedłem z wody – odezwał się zbity z tropu. – To przecież tak, jakbym stale się kąpał.

- Wychodzisz z tego szamba i mówisz mi, że dopiero co wziąłeś kąpiel? Nawet smok powinien wiedzieć, że do kąpieli potrzeba czystej wody. A ty podobno jesteś Królem Smoków.

W potworze aż się zagotowało. Odwrócił łeb w stronę jeziora i plunął ogniem. Teraz gotowało się już w jeziorze. Znowu odwrócił się do dziewczyny i ryknął.

- Jak śmiesz odzywać się do mnie w taki sposób?!

- Jeśli chcesz, żebym ci kłamała, to nie ma sprawy – mruknęła.

Smok wpatrywał się w nią oczyma wielkimi jak talerze. Jakby chciał ją prześwietlić na wylot. Iza zaś hardo wpatrywała się w te talerze i zaczęło do niej coraz bardziej docierać, że jest głodna. Jednak stłamsiła to uczucie i przywołała na usta jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów, co najwyraźniej smokowi się spodobało.

- Podobasz mi się – rzekł już nieco spokojniejszym i mniej groźnym głosem. – Wolę, żebyś mówiła prawdę. Po co tu przyszliście?

- Ja musiałam, tak zadecydował król. A mój towarzysz przybył, by mnie ratować.

- Ratować? Przed kim ratować? – ryknął znowu.

- No przecież, że przed tobą – odparła.

- Przede mną? On? – Tym razem smok ryknął gromkim śmiechem i aż sam się zdziwił, że tak potrafi. To było zupełnie nowe przeżycie, ale sprawiło mu autentyczną przyjemność.

- Czy to takie śmieszne, że ktoś chce mnie bronić przed tobą, wiedząc jak jesteś okrutny? I że nie chce abyś mnie pożarł?

Smok przestał się śmiać i wyglądał na zdziwionego.

- Ale ja nie cierpię ludzi.

- No o tym właśnie mówię.

- Nie cierpię, bo mi szkodzą. Mój organizm takiego żarcia zupełnie nie toleruje. Inaczej mówiąc, kiedy kogoś przypadkiem pożrę, to przez kilka dni mam refluks i nawet żłopanie hektolitrami wody z jeziora nie pomaga mi zobojętnić kwasów żołądkowych. Choć podobno w tej wodzie jest sporo wapna i różnych innych minerałów.

- Tfu!!! Pijesz to świństwo?

- A co mam pić, przecież w karczmie ani królewskim browarze mnie nie napoją. Zresztą nie macie już ani karczmy ani browaru

- No widzisz, wszystko niszczysz, a potem tacy jak ja muszą przez to cierpieć.

- Nie wiedziałem, że przez to cierpicie. Zresztą Król Smoków nie może się przejmować takimi drobnostkami, jak cierpienia małych ludzików, których ledwie dostrzega szybując pod niebem – rzekł z godnością.

- A niby dlaczego nie może? Czy ktoś Królowi Smoków tego zabronił?

Smok zamilkł na chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał.

- Jesteś nie tylko ładna, ale i niegłupia. Teraz zaczynam rozumieć, dlaczego król Russ Kij przysłał właśnie ciebie. Miałaś namieszać mi w głowie i prawie ci się udało.

- Namieszać ci w głowie? Ty naprawdę masz poczucie humoru. Jeśli tak źle trawisz ludzi, to raczej miałam ci zrobić rewolucję w żołądku. Nie rozumiesz, że Król Russ zostawił mnie tutaj, abyś mnie pożarł?! – krzyknęła

Talerze smoczych oczu znowu dłuższą chwilę wpatrywały się w Izę. Po chwili ich ostrość jakby zelżała i smok przemówił.

- Opowiedz mi wszystko o tym, co się tu stało.

Kiedy Iza opowiadało potworowi koleje swojego losu, de Ba Jarz widząc, że smok jej nie pożarł, nabrał nieco odwagi i zaczął powoli przesuwać się w ich stronę. Chował się za głazami, drzewami, czołgał przez zagłębienia terenu. Kiedy wyjrzał z krzaków zobaczył, że Iza i smok nadal ze sobą rozmawiają. To go ośmieliło i podkradł się jeszcze bliżej. Zatrzymał się i ukrył za sporym kamieniem, kilkanaście kroków od nich.

- No wyjdź już, rycerzu, z tej kryjówki i zbliż się do nas – ryknął smok.

Ale de Ba Jarz udawał, że to nie do niego ten ryk.

- Wiem, że jesteś za tym omszałym kamieniem. – Smok niczego nie ryzykował, bo wszystkie kamienie wokół jeziora były omszałe. – Wychodź, nie bój się, nic złego ci nie zrobię.

- Ja? – De Ba Jarz wychylił głowę zza kamienia.

- A jest tam ktoś jeszcze? – zapytał smok.

De Ba Jarz rozglądnął się wokół.

- Chyba tylko mój koń, ale nie wiem gdzie. Strasznie się spietrał.

- Nie jestem głodny, więc poradzimy sobie bez konia – odrzekł smok.

Rycerz podszedł bliżej, zatrzymał się obok Izy i kilka razy ukłonił się smokowi.

- Widzę, że to jakiś grzeczny kawaler – odezwał się tenże. – Może, rycerzu, przyda mi się i twoja pomoc. Jeśli zależy wam na tym, żeby w kraju zapanował spokój, to musicie się w to zaangażować. Wasza misja nie będzie specjalnie skomplikowana. Udacie się do króla i zażądacie w moim imieniu, aby oddał mi mój smoczy pierścień, który znalazł się przypadkiem w jego rękach. Gdy mi go zwróci przestanę nękać wasz kraj.

- Skąd król wziął ten pierścień?

- Wszystkiemu winna właśnie moja kąpiel w czystej wodzie – Smok spojrzał z wyrzutem na Izę. – Jakiś czas temu, w piękny, słoneczny i ciepły dzień poleciałem do Doliny Trzech Wodospadów, aby pod tym największym z nich wziąć prysznic. Przed wejściem do wody zdjąłem z palca smoczy pierścień i położyłem go na dużym kamieniu obok wodospadu. Akurat pech chciał, że kiedy się kąpałem przejeżdżał tamtędy król z narzeczoną i swoimi dworzanami. Nie chciałem im płoszyć koni, więc schowałem się za zasłonę z wód, a kiedy wyszedłem, pierścienia już nie było. Jakiś czas czekałem, myśląc, że może się ktoś zreflektuje i zwróci mi mój pierścień. A potem przyszła niewesoła refleksja, że żaden władca nie zwróci dobrowolnie tego, co wpadło mu w łapy. Wierzcie mi, wiem co mówię, bo sam jestem królem.

- Może król Russ nie wiedział, że pierścień ma innego właściciela. Sam mówiłeś, że pierścień znalazł się u niego przypadkiem.

- Ludzie, myślcie! Russ to wasz król. Miałem wam powiedzieć, że wasz król to złodziej? Że ukradł mi pierścień? W kręgach władzy takich wyrażeń się nie używa. Wiem, że podarował go swojej żonie jako ślubny prezent.

- A czy mógłbyś nam jeszcze powiedzieć, jak ten pierścień wygląda?

- Jest cały złoty, wysadzany niespotykanymi w tej krainie kamieniami, które w zależności od pory dnia zmieniają swój kolor. Rankiem są zielone, w południe żółte a o zachodzie słońca czerwone.

- To ja coś takiego widziałam kiedyś u królowej, tylko że to nie był pierścień, ale obręcz na biodra.

- Co? – zdziwił się smok. – Nie mów mi, że królowa Żwirena nosi to na biodrach!

- Miałam nie kłamać.

- Ale to musi być mój pierścień! – ryknął potwór i spojrzał na swoje wielkie, zakończone pazurami palce. – Może mieć takie biodra? Grrr! To profanacja magicznego pierścienia.

- Ten pierścień jest aż taki ważny? – spytała Iza.

- Żartujesz?! Przecież tylko jeden jest taki! To niebezpieczny artefakt! Toż to potężny pierścień z odległych krain, zwany z cudzoziemska Świecidełkiem! Jam jest panem smoków! A ten pierścień jest oznaką mej władzy! To dzięki niemu smoki z całego świata przybywają na jedno moje wezwanie! Russ nie wie, na co się porywa. Myśli, że ktoś dlatego zostawił pierścień na kamieniu przy wodospadzie, aby on mógł sobie zrobić z niego prezent dla żony? Fakt, że jest cenny, inaczej bym go nie nosił. Ale ten pierścień go zniszczy! Ściągnie na niego zagładę! To nie jest zwykła obrączka na smoczy palec! Żeby go zdobyć trzeba było się nieźle natrudzić! Musiałem wypalić ogniem kilkanaście pieczar, podburzyć przeciwko sobie kilka smoczych plemion i pokonać mojego poprzednika na smoczym tronie! To wszystko nie zrobiło się samo. A ten niegodziwiec ukradł mi to, co zdobyłem z takim trudem! – dodał z żalem.

- Wybacz, wasza smocza łaskawość, że się wtrącam w tę jakże istotną wymianę zdań, ale dlaczego sam nie odbierzesz Russowi swojego pierścienia? – ośmielił się zapytać de Ba Jarz.

- Z początku myślałem właśnie tak postąpić. Ale potem zrobiło mi się żal. Nie króla złodzieja, ale jego rycerzy i mieszkańców miasta. Czy pomyślałeś, rycerzu, ilu ludzi by zginęło, gdybym zaatakował królewski zamek. A pierścień?... Zrobiłby się taki popłoch, że nie wiadomo nawet, czy Świecidełko gdzieś by się w tym całym rozgardiaszu nie zawieruszyło. Wiecie, GPS to dopiero przyszłość... Przynajmniej nie tracę pierścienia z oczu. Ale my sobie tu gawędzimy, a czas płynie. Idźcie więc po pierścień.

- Oczywiście wasza smocza mość! – De Ba Jarz giął się w ukłonach i nerwowo uśmiechał. – Czy mamy z nim potem zawędrować do jakiejś mrocznej, wyjałowionej krainy i wrzucić go do wulkanu?

- Czyś ty zgłupiał? – zagrzmiał zniesmaczony smok. – Skąd przedostał ci się do tej pustej przestrzeni pod hełmem tak niedorzeczny pomysł!

- Wybacz mi, wasza smocza gromkość, ale gdzieś czytałem, że wrzucanie do wulkanu to najlepszy sposób postępowania z niebezpiecznymi pierścieniami władzy.

- Ludzie i ich głupie książkowe pomysły – prychnął smok z lekceważeniem. – Macie mi go przynieść i tyle!!! A teraz idźcie do króla Russa i powiedzcie mu, że Król Smoków będzie nękał jego kraj tak długo, aż nie odda mu Świecidełka! I niech nie próbuje dla ułagodzenia mego gniewu podsyłać mi żadnych niewinnych dziewcząt, czy chłopców na przekąskę. Ludzie są okropni! Tak wrzeszczą, że tracę apetyt nawet na inne strawy niż oni! Poza tym, nie jestem ludożercą, chyba żeby Russ zechciał osobiście wystąpić w roli przystawki, czy dania głównego. Jako Król mógłbym królowi ewentualnie zrobić tę uprzejmość.

- Przekażemy twoje żądania i zrobimy co tylko w naszej mocy, żeby zwrócił ci twój pierścień – obiecała Iza.

De Ba Jarz miał szczerą nadzieję, że sformułowanie „co w naszej mocy” jest synonimem określenia „nic” i że kiedy tylko odejdą na bezpieczną odległość będzie można dać dyla.

- Ruszajcie więc! – ryknął smok. – Będę miał na was oko.

„No i nici z dawaniem dyla” – pomyślał rycerz. „A już wychodziliśmy na prostą.”

 

*

Iza wraz z rycerzem zmierzali w kierunku siedziby króla – słynnego zamku Warkstrong. Żeby było szybciej, wędrowali leśnymi ścieżkami. Iza nie przepadała za pewnymi mieszkańcami leśnych ostępów. Najbardziej nie znosiła tej ich części, która oprócz większej ilości nóg niż by wypadało, dysponowała większą ilość kolców jadowych niż, zdaniem Izy, powinna. Niektórzy ludzie, nie wiedzieć czemu, nie lubią robactwa, czy nawet zwykłych owadów. W przeciwieństwie do nich Iza, drapiąc się i oganiając przed komarami, doskonale wiedziała dlaczego.

De Ba Jarz był ciekawym towarzyszem podróży. Wiele opowiadał o swoim męstwie, o bohaterskich czynach, których mógłby dokonać i wspaniałych przygodach, które mógłby przeżyć.

Wędrowali już trzeci dzień przez bagniste, leśne tereny.

- Wkrótce dotrzemy do miasta – rzekł w pewnej chwili rycerz. – Przed nami jeszcze tylko... kilka dni drogi.

- Przecież kiedy wyruszaliśmy też mówiłeś, że mamy przed sobą kilka dni drogi.

- Zgadza się. Mówiłem tak, bo nie chciałem kłamać.

- W takim razie ile dokładnie?

- Tak dokładnie, to trudno powiedzieć. – Rycerz zaczął liczyć coś na palcach. – Może trzy, może pięć, czy nawet sześć.

- To dlaczego od razu nie powiesz, że może i dziesięć?

- Bo wtedy – jeszcze raz spojrzał na palce – wyszłoby, że skłamałem.

Nagle rozległ się donośny ryk i gdzieś z koron drzew spadł na nich smok. Ten okaz był znacznie mniejszy niż Pendragon, ale było to znikomą pociechą dla wędrowców, których i tak mógłby zmieścić w swojej paszczy.

Stwór wypuścił w stronę Izy i de Ba Jarza strumień ognia.

- O żesz! – zawołał rycerz.

Odskoczyli, każde w inną stronę.

De Ba Jarz ledwo zdążył stanąć na nogi, gdy uderzyło w niego rozpędzone cielsko potwora. Rycerz upadł znów na ziemię, poważnie się przy tym potłukłszy. Nad sobą ujrzał rozwartą szeroko paszczę i przeszło mu przez głowę, że nawet nie wysilając się zanadto, mógłby wymyślić przynajmniej ze dwadzieścia lepszych zakończeń swojej wielkiej przygody niż to, które za chwilę go czeka.

W tym momencie jednak smok zaskomlił jak zbity psiak, a już w następnej chwili coś potężnie szarpnęło go do tyłu. De Ba Jarz podniósł się z ziemi i ujrzał Pendragona, zaciskającego łapę na ogonie mniejszego smoka.

- Pendraq! – zagrzmiał Król Smoków.

Drugi stwór aż się skulił z przestrachu.

- Co robisz na moim terytorium! – rzekł groźnie Pendragon. – Mówiłem, że jak jeszcze raz cię tu zobaczę...

- To przez pomyłkę! – zapewnił szybko Pendraq. – Zabłądziłem! Te wszystkie leśne ostępy są takie podobne...

- Ach, zabłądziłeś. A spopielić tych dwoje wędrowców też nie zamierzałeś?

Pendraq uciekł wzrokiem gdzieś w bok.

- Siła starych przyzwyczajeń, Wasza Wysokość – rzekł potulnie.

- Miałeś przecież rzucić palenie – przypomniał Pandragon.

- Tylko ograniczyć – sprostował mniejszy smok. – Kiedyś wypalałem dwie wioski dziennie, a teraz już tylko okazyjnie pozwalam sobie na mały dymek.

- U mnie nie wolno ci palić! – warknął Król Smoków. – A tych dwoje jest pod moją osobistą opieką, rozumiesz?!

Pendraq cały zadrżał.

- To się już nie powtórzy! – zapewnił.

Pandragon zdjął łapę z jego ogona.

- To fruń stąd i żebym cię więcej nie musiał oglądać. Chyba, że osobiście cię zawezwę.

Pendraq szybciutko rozwinął skrzydła i już po chwili nie było po nim nawet śladu.

De Ba Jarz szturchnął lekko Izę, jakby chcąc dać jej do zrozumienia, że może warto by coś powiedzieć.

- Dzięki ci, Królu Smoków – rzekła Iza.

- Nie czas na grzeczności – uznał Pendragon. – Po prostu róbcie swoje.

Już po chwili był tylko małą plamką na niebie.

- Nawet się nie pożegnał – mruknął de Ba Jarz.

- To było... dziwne – wymamrotała Iza. – Całe to zajście. Takie krótkie i niepotrzebne.

- Tak – przyznał rycerz. – Losowe zdarzenie podczas podróży, które z całą pewnością nie będzie mieć żadnego znaczenia w dalszym ciągu naszej przygody. Myślę, że po prostu powinniśmy przejść nad tym do porządku dziennego.

Iza wzruszyła obojętnie ramionami.

- No dobra – rzekła. – Wszystko jedno.

Ruszyli w dalszą drogę.

- Znasz króla Russa? – zagaiła Iza, ot tak, żeby coś powiedzieć.

- Nie za bardzo, ale myślę, że nie będzie zachwycony, słysząc, że ma oddać smokowi pierścień – zastanowił się de Ba Jarz.

- Też tak uważam – przyznała Iza. – Mamy trudną misję. Nie wiem, czy damy sobie radę. Dla mnie już sama wędrówka jest ciężka, a jeszcze ten smok mnie tak wystraszył. Nie wiem, czy dojdę do Warkstrongu – westchnęła ponownie i zamyśliła się.

- Oczywiście, że dojdziesz – rzekł pocieszająco jej towarzysz utykając na jedną nogę. – Sprawujesz się i tak dużo lepiej niż można by przypuszczać. Wiesz, nie jesteś jak te delikatne damy, z którymi zwykle mam do czynienia. Takie, co to zamartwiają się tylko, że zniszczyły sobie fryzurę albo ubłociły suknię. Ty jesteś inna, twarda i mężna.

Iza nie odpowiedziała. Od jakiegoś czasu już go nie słuchała, bo martwiła się tym, że ubłociła sobie suknię, jest brudna i że włosów nie ma nawet czym uczesać.

Do zamku króla dotarli rankiem siódmego dnia.

 

*

 

Król Russ zmierzał w stronę dziedzińca zamkowego, gdzie przygotowywano właśnie pomnik na jego cześć. Prowadził przy tym pogawędkę ze swą żoną.

- Doprawdy, wieśniacy to jednak ciemnogród – stwierdził. – Uwierzyli bez przeszkód, że ta cała Iza Belka jest wiedźmą. Smok powinien być zadowolony. Zauważyłaś pewnie, że od tego czasu przestał nachodzić nasze ziemie. Miałem z tą wieśniaczką znakomity pomysł.

- Ale, mój mężu, czy nie byłeś dla niej zbyt okrutny? – spytała Żwirena.

- Okrutny? – zdziwił się król. – Mogłem ją przecież posiekać na kawałeczki i dostarczyć smokowi w pudełku. Okazałem się wspaniałomyślny i zrezygnowałem z tego efektownego pomysłu.

Żwirenę przeszedł dreszcz. Jej mąż był bezlitosny. Właśnie to w nim najbardziej lubiła.

Gdy dotarli przed pomnik, król zmierzył wzrokiem kłaniającego się i drżącego z przejęcia rzeźbiarza. Następnie raz jeszcze rzucił okiem na posąg, który miał wedle wszelkiego prawdopodobieństwa przedstawiać jego szacowną osobę. Było widać, że król nie jest zachwycony.

- Coś ty ze mną zrobił?! – warknął na rzeźbiarza.

- Wy... w... wyrzeźbiłem, wasza imperatorskość! – wyjąkał rzeźbiarz. Nie wiedział, co oznacza to słowo, ale był przekonany, że brzmiało dostojnie i było pełne szacunku.

- Obiecywałeś, że pokażesz światu całą moją wielkość.

- I pokazałem wasza najwyższa wysokość. Twój posąg ma ponad sześć metrów.

- Ale on zupełnie nie oddaje szlachetności mojej królewskiej osoby! Popatrz na tę twarz! – zawołał gniewnie Russ, jednym okiem spoglądając na rzeźbę, a drugim na swoją żonę – Czy ja mam zeza?!

- Nnnie, skądże, o jaśnie oświecona iluminacjo! – zaprzeczył rzeźbiarz.

Król wnikliwie badał rzeźbę.

- Czy tak ma wyglądać moja wspaniałość?! – spytał z nieskrywaną irytacją. – Czy ja jestem łysy? -Zdjął koronę i pokazał włosy rzeźbiarzowi. – Przyznasz, że moje włosy dodają mi elegancji i warte są uwiecznienia na pomniku?

- Tak, najwspanialszy Adonisie naszego narodu! Są warte! – zawołał artysta. – Uwiecznię zaraz wszystkie i jeśli wyrazisz zgodę, jeszcze kilka dorobię.

- A ta drobinka z lewej strony nosa? Co to ma być? – zaciekawił się król.

- Aaa... To... To przemożna bbbbrodawka. Nie mogłem jej pominąć, bo dodaje ci panie niezwykłego uroku – wyjaśnił rzeźbiarz.

- Wyrzeźbiłeś mi taką brodawkę?! – wrzasnął rozwścieczony król. – Przecież moja przemożna królewska brodawka jest znacznie okazalsza!

- Jeszcze ją podrasuję, nieskończona inteligencjo!

- Natychmiast wprowadź poprawki. Posąg ma być gotowy na jutro.

- Jak rozkażesz, władco nasz i panie!

- A jeśli mnie nie zadowolisz, to skończysz w lochu. A chyba wiesz, czym tam karmią – dodał król z mściwym uśmiechem.

- Zmiłuj się panie – wykrzyknął biedak z rozpaczą. – Tylko nie owsianka. Nie karz mnie tak okrutnie, litościwy nasz królu!

- Nie proś mnie o litość, tylko dobrze się postaraj! Wszystko jest w twoich rękach – rzekł bezlitośnie Russ.

Wtem na plac zamkowy wpadł posłaniec.

- Wasza Wysokość! – zawołał. – Ktoś chce się pilnie z Waszą Wysokością widzieć!

- Odpraw go! Jestem zajęty – rozkazał monarcha.

- Jak rozkażesz panie, ale ośmielę się dodać, że to podobno bardzo ważna sprawa dla Waszej Miłości – rzekł posłaniec.

- Dla naszej miłości, powiadasz? To nie strzęp języka, tylko go wprowadź, ofermo! – król krzyknął zniecierpliwiony.

Po chwili przed jego obliczem stanęli Iza i de Ba Jarz.

- Czego chcecie?! Czemuż zakłócacie mi... – warknął Russ, lecz umilkł, rozpoznawszy w Izie czarownicę, którą skazał na los smoczej przekąski. – Khm! Skąd... Jak to... W jaki sposób...

- Zdziwiłeś się panie, że żyję? Przecież jestem czarownicą. Zaczarowałam Króla z Jeziora, Władcę Smoków – rzekła niedbale Iza. – Teraz zaś przybywamy do ciebie jako jego posłańcy.

Russ zbladł. Zaraz jednak wykrzyknął:

- Władca Smoków?! – Zaśmiał się. – Król z Jeziora? Cha, cha! Też mi coś. Toż to jeno taki większy staw! Jeziorem bym tego na pewno nie nazwał. I on was przysyła do mnie?

Iza szturchnęła de Ba Jarza.

- O co chodzi? – spytał zdziwiony rycerz.

- Powiedziałam już swoją kwestię – szepnęła Iza. – Teraz twoja kolej.

- Owszem – rzekł rycerz. – Albowiem wielce...

Russ spiorunował go spojrzeniem.

- Mów mniej kwieciście, ale z większym sensem – nakazał.

- Otóż Pandragon, Król Smoków ostrzega cię, że jeśli nie dasz mu pierścienia, nie przestanie nękać twego państwa – wyjaśnił de Ba Jarz.

- A czemuż miałbym mu dawać pierścień?! – odparł zdziwiony monarcha. – To bezczelny jaszczur! Niech sobie sam znajdzie albo zapracuje.

Iza groźnie zmarszczyła brwi.

- Jeżeli Wasza Wysokość nie da mu pierścienia, to on obróci nasz kraj w perzynę – zauważyła.

Monarcha westchnął. Choć trudno mu było to przyznać, wiedział, że Iza ma rację.

- No cóż – rzekł. – Proszę bardzo! Jeżeli smok tak bardzo nalega... – Tu ściągnął z palca jeden z tkwiących tam mniej cennych pierścieni. – Dajcie mu ten. Nie będę oszczędzał na bezpieczeństwie poddanych.

- Nie, nie. Źle nas zrozumiałeś. Chodzi o ten pierścień, który pochodzi z Doliny Trzech Wodospadów.

- Z doliny?! – zdziwił się Russ. – Nie mam takiego pierścienia.

- A ten, który Wasza Wysokość podarował królowej? – przypomniała Iza.

- To żaden pierścień! – Król roześmiał się i wskazał na rękę Żwireny. – To bransoleta! Kiedyś nawet była to zdobna obręcz na biodra, ale w jakiś tajemniczy sposób się zmniejszyła.

- Tak. – Żwirena w zadumie spojrzała na swoje zaokrąglone kształty. – Pewnie to smocza magia.

- To właśnie jest pierścień Pandragona, pozwalający władać smokami! – zawołała gniewnie Iza. – I trzeba...

- Pozwala władać smokami? – powtórzył zachwycony król. – Jesteś tego pewna?

- ...trzeba mu go...

- Pytałem, czy jesteś tego pewna?

- ...oddać niezwłocznie... Co?

Ale król już nie chciał odpowiedzi. Teraz myślał tylko o władzy.

- Władza nad smokami! – Roześmiał się upiornie. – Dziękuję wam, żeście przynieśli mi tę wiadomość! A ja myślałem, że to zwykłe świecidełko. Cha, cha! Władza nad smokami! Ten, komu służą smoki, może podbić każde państwo i nie musi się niczego obawiać! A dzięki temu pierścieniowi, smoki będą służyć mnie!

- A Pandragon?

- A pan smok jako smok też będzie mi służył. Teraz rozumiem dlaczego mu tak zależało na pierścieniu. Ten pierścień daje władzę.

- Ale on jest niebezpieczny! – zawołała Iza

- Wiem, ja też – zaśmiał się ponownie król. – Ale jestem też łaskawy, dlatego każę was wtrącić do lochu.

- Czy to warto mój mężu zawracać sobie nimi głowę? – wtrąciła się królowa. – Skoro są posłańcami Króla Smoków, to niech on ich rozliczy ze zleconej im misji.

- O tym nie pomyślałem, ale masz rację. Niech się dowie, że teraz to ja jestem władcą smoków.

- Wasza królewska mość. – Iza próbowała jeszcze raz przekonać króla. – Ten pierścień...

- Już dość! – krzyknął król. – Wynoście się, dopóki jeszcze pozwalam wam odejść!

 

*

 

Iza i de Ba Jarz byli już daleko poza miastem, ale wciąż prześladowała ich myśl, że zawiedli. Że zupełnie poszło nie tak, jak to sobie ułożyli. Nie docenili królewskiej żądzy władzy i dlatego wracają teraz z pustymi rękami.

- Wracacie z pustymi rękami – z tyłu doleciał ich chrapliwy głos.

Odwrócili się powoli. Najbardziej nie chcieli w tej chwili oglądać Pandragona i pewnie dlatego właśnie jego zobaczyli. Stał, puszczał nosem obręcze z dymu i wpatrywał się w nich wzrokiem, w którym czaiło się niezdecydowanie – rozszarpać oboje, czy wystarczy jedno. Stał tak i nie potrafił się zdecydować. W końcu ponownie przemówił.

- Zawiedliście mnie! – ryknął. – Powierzyłem wam ważną misję, a wy jeszcze tylko pogorszyliście sprawę!

- Robiliśmy, co w nasze mocy – usprawiedliwiał się de Ba Jarz. – A podobno liczą się dobre chęci.

- Właśnie – przyznała Iza. – To wcale nie nasza wina, że Russ ma niepohamowaną żądzę władzy. Skąd mogliśmy wiedzieć, że przy pomocy Świecidełka zechce zdobyć władzę nad światem.

- Chyba rozumiecie, że nie czuję się z tym komfortowo. Mam chęć kogoś pożreć, ale nie potrafię się zdecydować, od którego z was zacząć – powiedział Pandragon.

Odwrócił się, podniósł łeb, rozwinął skrzydła i wzbił się w powietrze.

- Co teraz zrobimy? – westchnął de Ba Jarz. – Zawaliliśmy sprawę. Przez nas teraz król Russ Kij zawładnie światem. Czy będziemy umieli z tym żyć?

Iza zamyśliła się.

- Nie dopuścimy do tego. Musimy jakoś naprawić to, cośmy zepsuli.

 

*

 

Minął szmat czasu, choć są i tacy, którzy twierdzą, że minęło go niewiele. Król Russ Kij ruszył ze swoim wojskiem na podbój świata. Król bardzo się z tego faktu cieszył, świat jakby trochę mniej.

Król na początek zamierzał podbić Państwo Sąsiednie. Jego armia wdarła się bezczelnie na terytorium sąsiada i rozbiła obóz.

Russ nie mógł się już doczekać chwili, kiedy na horyzoncie pojawi się wojsko przeciwnika, by stanąć do walki.

„Nie musimy nawet walczyć” – pomyślał. „Zrobią to za nas smoki.”

Spojrzał na leżące w zasięgu ręki Świecidełko.

„Wszystkie smoki pod moją komendą.” Ta myśl niezmiernie go radowała. Odszukał w starych księgach odpowiednie zaklęcie, pozwalające wezwać smoki za pomocą pierścienia. Żwirena nie protestowała, kiedy odebrał jej prezent ślubny. Nie czuła żalu – na biodra nie dawał już się założyć, a jako bransoletka na rękę był za ciężki i spadał.

Wreszcie nadszedł dzień, w którym Russ miał wypróbować pierścień. Królowi doniesiono, że w oddali dostrzeżono jakieś rycerskie hufce. Ponieważ rycerze króla przebywali w obozie, stało się oczywiste, że to wojsko przeciwnika. Król chodził podekscytowany po namiocie, a po głowie kołatała mu wciąż ta sama myśl. „To już dzisiaj. Już dzisiaj użyję pierścienia i pokażę światu swoją moc.”

Krótko po śniadaniu jeden z żołnierzy zawiadomił króla:

- Panie, przybyło poselstwo Państwa Sąsiedniego!

- Niech wejdą – rzekł Russ niechętnie.

Nie chciało mu się z nimi gadać, ale pomyślał, że jako łaskawy, a przy tym grzeczny król nie może im odmówić posłuchania. „Żeby tylko nie mieli zamiaru się poddać” – pomyślał.

Do namiotu wkroczyło dwoje ludzi. Russowi nie przyszło nawet do głowy, że posłowie, to w gruncie rzeczy Iza i de Ba Jarz w przebraniach. Zresztą nie odznaczał się zbyt dobrym wzrokiem ani też pamięcią. Nawet poselska flaga zmajstrowana z kija i kawałka niezbyt białego płótna nie obudziła w nim nieufności. Pierwszy raz znalazł się w takiej sytuacji, więc skąd miał wiedzieć, jak powinna wyglądać poselska flaga?

- Z czym przybywacie? – spytał.

- Z białą flagą – wyrwał się de Ba Jarz, ale momentalnie przerwał, kiedy trafił go w bok kuksaniec od Izy.

- O, wielki i niezwyciężony królu Russie! – odezwała się zmienionym głosem Iza. – Przybywamy do ciebie z poselstwem od naszego władcy, króla Państwa Sąsiedniego.

- Tak, to prawda – dodał de Ba Jarz. – Na myśl o tym, że masz Świecidełko, nasz król postanowił oddać się w twoje ręce bez walki. Nie ma na niego siły. Tak właśnie powiedział, gdy...

Iza szturchnęła go po raz drugi w żebro.

- To moja kwestia! – syknęła.

De Ba Jarz przerwał i zerknął na trzymany w ręku karteluszek.

- Król Russ jest niepokonany – rzekła Iza. – Nie ma na niego siły, tak właśnie powiedział nasz król, gdy dotarła do jego uszu straszliwa wieść o twojej sile i potędze posiadanego przez ciebie pierścienia. Walka byłaby samobójstwem.

- Przeto nasz król prosi cię... – De Ba Jarz znów spojrzał do ściągi. – Prosi cię, byś raczył rozma... rozl... rozmlh... – Powoli zaczynał mieć do siebie żal, że jako dziecko zaniedbał kaligrafię. – Prosi, byś...

- Raczył rozważyć naszą szczerą chęć zachowania przyjaźni do ciebie i twojego ludu – weszła mu w słowo Iza – i zechciał podać twoje warunki rozejmu.

Russ poskrobał się po podbródku, co było oznaką, że usiłuje myśleć. „Wiedziałem, że tak będzie” – pomyślał i szczerze się zmartwił. „Ale skoro dobrowolnie się poddają, to przecież nie wypada mi poszczuć ich smokami.”

- Dobrze – powiedział w końcu. – Jeżeli poddajecie się dobrowolnie...

- Jednakże nasz król nie ma pewności, czy pierścień, który posiadasz, rzeczywiście jest słynnym Świecidełkiem – rzekła Iza. – Nasz pan polecił nam, aby się osobiście o tym przekonać

- Czyli że... – Russ odzyskał nadzieję – trzeba zrobić pokaz i ściągnąć tu smoki.

- Nie! Nie ma takiej potrzeby. Wystarczy panie, że przyjrzymy się pierścieniowi.

- A, o to chodzi! – Wziął pierścień. – To Świecidełko, pierścień, będący postrachem... no... czegoś tam. To oryginalny pierścień dający mi władzę nad smokami i niosący zagładę tym, którzy mi się sprzeciwią. – Podał go Izie i się zasępił.

- Rzeczywiście, wszystko świadczy o tym, że to oryginał – przyznała Iza, niepostrzeżenie chowając pierścień do podręcznego worka.

- Właśnie! – De Ba Jarz złożył ukłon tak głęboki, że zabolał go kręgosłup. – Przekażemy naszemu władcy tę nowinę, po czym przybędzie tu osobiście, żeby podpisać kapitulację.

- Tak, wielki zaszczyt – dodał de Ba Jarz, po czym jeszcze raz się ukłonili i wyszli.

Król cały czas był jakby nieobecny duchem. Ciągle rozważał w swojej głowie różne możliwe warianty działania. „Jeszcze mogę wezwać smoki, a ich kazać pojmać i zabić. Może nikt nie widział, że tu wchodzili. Co mnie podkusiło, że kazałem ich tu wpuścić? Ale przecież nic złego jeszcze się nie stało. Czy jako pan i władca tego świata, mający na usługach armie potworów muszę stosować się do jakichś reguł, czy ustalonych zasad?”

- Teraz to ja ustalam zasady i tworzę reguły!!! – krzyknął znienacka, a jego słudzy poderwali się na baczność.

Król rozglądał się po namiocie i robił coraz bardziej zdziwioną minę.

- Gdzie oni są?

- Odeszli, Wasza Wysokość – odezwał się jeden z królewskich sług.

- A gdzie jest pierścień?

- Zabrali go ze sobą, najjaśniejszy panie.

- Durnie! – krzyknął rozwścieczony król. – I wy na to pozwoliliście?

- Nie było rozkazu, żeby nie pozwalać – odparł wystraszony sługa.

Króla ogarnęła zrozumiała wściekłość. Wykrzykując przekleństwa, które w języku cywilizowanym miały znaczyć „Ofermy, łapcie ich”, wybiegł z namiotu i rzucił się w pogoń za Izą i jej towarzyszem. Żołnierze króla, słysząc zgiełk i nieartykułowane okrzyki swego władcy, rozbiegli się po obozie, szukając zbiegów. W końcu ich znaleźli.

- Niech to! – jęknęła Iza. – Znowu się nie udało!

- Nie poddamy się bez walki – zawołał De Ba Jarz i sięgnął po miecz.

Z kronikarskiego obowiązku należy tu wspomnieć o pewnym dość istotnym, naukowo udowodnionym prawie, którego działania często doświadczamy. By określić położenie jakiegoś przedmiotu w przestrzeni, używa się wymiarów: długości, szerokości i wysokości. To wie każdy. Można dzięki temu precyzyjnie określić na przykład, gdzie znajduje się dany przedmiot. Czwartym wymiarem jest czas. Dzięki temu można stwierdzić, że ów przedmiot znajduje się w określonym miejscu w danym czasie. Według najnowszej teorii istnieje też następny wymiar, czyli tzw. okoliczność. Ta sama rzecz będzie się znajdować o określonej porze w danym miejscu, jeżeli nie będziemy jej potrzebować, ale jeśli będzie potrzebna, to ta okoliczność sprawi, że rzeczy wcale nie musi być tam, gdzie podług wszelkich reguł powinna się znajdować.

Ponieważ de Ba Jarz akurat potrzebował w tej chwili miecza, okazało się, że miecz gdzieś przepadł.

Żołnierze pojmali go więc bez walki, schwycili też Izę i odebrali im pierścień. Król akurat już podbiegał do nich. Wyszarpnął żołnierzowi z ręki Świecidełko i zawołał:

- Myśleliście, że jesteście tacy przebiegli? To teraz poznacie, do czego doprowadziła wasza bezczelność. Chcieliście się przekonać, czy to prawdziwe Świecidełko, to się przekonacie na własnej skórze! Zniszczę was i to państwo! Tak! Wezwę smoki i obrócę to wszystko w ruinę!

Iza zdała sobie sprawę, że znowu układa się zupełnie inaczej, niż zaplanowali. Russ był górą i zamierzał doprowadzić do zniszczenia Państwa Sąsiedniego, a może i całego świata. Nie była to przyjemna myśl. Jednak teraz nie mogli już temu zaradzić.

Monarcha uniósł pierścień wysoko w górę i usiłował przypomnieć sobie magiczną formułę przywołującą smoki. Po chwili zawołał donośnym głosem:

- Na wezwanie smoczego pierścienia władzy przybywajcie smoki ze wszystkich stron świata! – Ledwo to wymówił, Iza ujrzała w oddali na niebie trzy latające stwory. Pierwszy z nich był wielkim, groźnie wyglądającym smokiem. Drugi był jeszcze większym i jeszcze groźniej wyglądającym smokiem. Trzeci zaś był tak wielki i groźnie wyglądający, że pozostałe dwa wyglądały przy nim jak pluszaki.

Po chwili na całej linii horyzontu pojawiły się gromady potworów, zmierzające ku wznoszonemu przez upiornie śmiejącego się króla pierścieniowi. Nagle jednak śmiech króla zamilkł. Coś było nie tak. Smoki były coraz bliżej, a jeden z nich stanowczo za blisko. Leciały ku niemu i wyglądały na wściekłe i żądne krwi. Pot wystąpił królowi na czoło. Nie tego chciał. Dlaczego są takie rozgniewane, przecież jeszcze nawet nie wydał im rozkazu do ataku?

- Stójcie! – zawołał rozpaczliwie. – Rozkazuję wam się zatrzymać!

Smoki albo nie zrozumiały, albo nie były w nastroju do wysłuchiwania poleceń.

Russ porzucił Świecidełko i zaczął uciekać, jednak było już za późno. Pierwszy, z nich dopadł króla i w locie porwał go w swoją paszczę. Dwa inne ruszyły w pogoń za nim, pozostałe zaś zaczęły się uganiać za uciekającymi w popłochu rycerzami króla. Nie wiadomo, czym by to się skończyło, gdyby nagle nie rozległ się głośny niby grzmot smoczy pomruk. Iza i de Ba Jarz z przerażeniem ujrzeli, jak wszystkie smoki nagle zawróciły i zaczęły się znów do nich przybliżać. Teraz już wiedzieli jak bardzo Świecidełko jest niebezpieczne. A pierścień toczył się po ziemi w ich kierunku i zatrzymał u ich stóp. Stali jak sparaliżowani, nie mając śmiałości go podnieść. Smoki były coraz bliżej.

Wtedy rozległ się kolejny smoczy pomruk. Wszystkie smoki jak na komendę zrobiły skręt i przeleciały przed obliczem Pandragona, który stał nieopodal królewskiego namiotu. Każdy ze smoków skłonił się w locie przed swoim królem i odleciał, skąd przybył.

Tylko jeden ze smoków wylądował przed władcą i w geście poddańczym przypadł do ziemi skłaniając nisko głowę.

- A ty, Pendraqu, zawsze musisz być pierwszy – przemówił do niego Pandragon. – Jeśli będziesz taki wyrywny, to się kiedyś dla ciebie źle skończy. Co zrobiłeś z ludzkim królem? – spytał.

- Wybacz mi władco, już miałem go w paszczy i wzbiłem się wysoko, kiedy usłyszałem twój rozkaz. Krzyknąłem: „Tak jest królu” i wtedy ten człowieczek wypadł mi z pyska, a że rozkazałeś, bym natychmiast się przed tobą stawił, to nie było czasu, by go łapać.

- Pytałem, co z nim?

Pendraq skulił się w sobie.

- Myślę, królu, że nie przeżył, naprawdę leciałem wtedy wysoko.

- Może i dobrze się stało. Wracaj do swojej nory i żebym cię nie musiał oglądać na moich włościach przynajmniej ze dwa wieki.

Pendraq podniósł się z kolan, jeszcze raz skłonił przed Pandragonem i odleciał. Kiedy de Ba Jarz zobaczył, że w pobliżu nie ma już innych potworów oprócz Króla Smoków, schylił się, podniósł pierścień, podał go Izie i podeszli do niego.

- Teraz już wiecie, jak bardzo niebezpieczną rzeczą jest Świecidełko – zauważył jak zwykle przenikliwy Pandragon.

Iza podała smokowi pierścień. Wziął go, włożył na palec i wyglądał na zadowolonego.

- Powiedz nam, co się stało z królem Russem? – zapytała Iza.

- Nie wiem, czy o to mu chodziło, ale myślę, że otrzymał to, o co się prosił. – odparł Pandragon.

- Czyli co? – wtrącił się do rozmowy de Ba Jarz.

- Jak by wam to powiedzieć? Po prostu teraz panuje u was bezkrólewie.

- Ale... – wyjąkał rycerz. – Dlaczego smoki go nie słuchały?

- Bo to smoki. Dlaczego miałyby słuchać rozkazów człowieka?

- Miał w ręku Świecidełko.

- Wy też mieliście je w ręku. Zrozumcie, że smoki nie wykonują rozkazów ludzi, bez względu na to, co ludzie trzymają w rękach

- Ale ten pierścień miał dawać władzę nad smokami.

- Nie żartuj sobie. Ja władam smokami, ale nie dlatego, że mam pierścień, tylko dlatego, że pochodzę ze znanego, starożytnego, smoczego rodu. No... fakt, że wśród moich przodków nigdy nie było smoczych królów, ale czyż wszystkie smoki nie pochodzą od pierwszego smoka ojca i pierwszej matki smoczycy? I czy mój ród nie jest znany wśród smoków? Każdy smok o mnie słyszał. Pokonałem poprzedniego smoczego władcę i przepędziłem go do krainy, gdzie rośnie pieprz. Teraz ja jestem Królem Smoków i żaden smok moich praw do tronu nie kwestionuje. Nie mówiłem, że pierścień daje władzę nad smokami, tylko że pozwala wezwać w jednej chwili wszystkie smoki świata. Bo też tak jest w istocie. Król nieboszczyk Russ wezwał do siebie wszystkie smoki, a że akurat były wściekłe i wygłodniałe? To się nazywa pech. Ale dosyć. Zmęczyła mnie ta cała historia z waszym królem i pierścieniem. Od kilku miesięcy nie spałem, teraz muszę odespać. Zanim wrócę do jeziora, zaszyję się w swojej pieczarze. Macie jakieś dziesięć lat, żeby moje jezioro nadawało się na mieszkanie dla Króla Smoków. Czyste i schludne. Kiedy wrócę, chcę, żeby w krystalicznej wodzie jeziora pływało mnóstwo ryb. Ryby lubię bardziej niż waszą wołowinę, czy baraninę. Nie wiem, kto po Russie będzie waszym królem, ale na pewno będzie wiedział, że nie należy zadzierać z Pandragonem i nie musicie mu mówić, że śpię. Myślę, że się rozumiemy. Nie zawiedźcie mnie. No to lecę.

Pandragon rozwinął skrzydła.

- Aha – powiedział. – I dziękuję wam za pomoc.

- To drobiazg – rzekł skromnie de Ba Jarz, pusząc się jak paw.

- Przecież nic nie zdziałaliśmy – zauważyła Iza, sprowadzając towarzysza do parteru.

- Ale próbowaliście – rzekł Pandragon. – Podobno liczą się dobre chęci.

To powiedziawszy wzbił się w powietrze.

- Cudnie – stwierdził de Ba Jarz. – Jeszcze jeden bohaterski czyn na moim koncie.

- Czy sporządzenie poselskiej flagi z kija i brudnej szmatki albo udawanie posłów... w dodatku fatalne udawanie... jest bohaterstwem? – Iza uśmiechnęła się z powątpiewaniem.

- Nieważne. – De Ba Jarz lekceważąco machnął ręką. – Kiedy się jest wielkim rycerzem, wszystko, co się robi, jest bohaterskim czynem. Zresztą poeci, bardowie, czy miłośnicy fantasy zadbają już o to, by nasze czyny były odpowiednio wielkie. Teraz już mogę szczerze stwierdzić, że to była całkiem miła przygoda. Aż szkoda, że już się skończyła – rzucił, zerkając z zadowoleniem na czyste niebo, gdzie nie było już nawet śladu po smokach. Po chwili spochmurniał. – Jedno tylko nie daje mi spokoju.

- Tak?

- Nadal nie mam pojęcia, gdzie podział się mój miecz.

Iza roześmiała się.

- Na pewno znajdziesz coś odpowiedniego. A jeśli szukasz przygód, to mam propozycję – odparła. – Wędrując z poselstwem od smoka przez las, zdawało mi się, że dostrzegłam wśród drzew zaciszną polankę i szałas. Z pewnością jest nie mniej magiczna niż tamto jezioro. Można by tam zaszyć się na jakiś czas. Na pewno przydarzy się nam coś niezwykłego i może nie aż tak strasznego jak przygoda ze smokiem. A potem czeka nas przecież jeszcze jedno poselstwo w sprawie jeziora. Nie możemy tym razem zawieść.

Ponieważ Iza była urodziwą dziewczyną, de Ba Jarz uznał, że to fantastyczny pomysł. Jak wiadomo, uwielbiał przygody, zwłaszcza ten ich moment, kiedy ładna dziewczyna rzucała mu się na szyję.

 

*

 

Minęło sporo czasu, choć Iza i jej rycerz upieraliby się pewnie przy zdaniu, że minęła zaledwie chwilka. Mieszkali w uroczej chatce nad brzegiem jeziora z trójką niesfornych, ale przemiłych dzieciaków. Okolica była cicha i spokojna, bo miejscowa ludność wolała jezioro omijać szerokim łukiem, choć jego woda była teraz krystalicznie czysta i pływało w niej mnóstwo ryb. Niektórzy powiadali, że w wodach jeziora mieszka straszliwy potwór. Byli i tacy, co twierdzili, że to smok i że tego przerażającego stwora widzieli na własne oczy.

Iza i jej mąż zbywali te fantastyczne opowieści wzruszeniem ramion. Kąpali się w jeziorze i łowili ryby. Czasem w nocy, przy świetle księżyca, kiedy dzieciaki zmorzył twardy sen, wsiadali do łodzi i wypływali na głębię. Z każdej takiej wyprawy wracali szczęśliwi i tak podekscytowani, że trudno im było doczekać kolejnej.

Dla nich jezioro było zaczarowane. To nie ulegało żadnej wątpliwości.

You have no rights to post comments