Inne

 W tym odcinku „Sztuki współczesnej i nowoczesnej na wesoło” przyjrzymy się sztuce Franka Stelli – amerykańskiego malarza, grafika i rzeźbiarza, który stworzył mnóstwo malarskich dzieł... ale tak (na swój sposób) do siebie podobnych, że nawet nie ma co sobie zawracać głowy ich tytułami (zwłaszcza, że tytuły mają się nijak do treści namalowanych obrazów). Myślę, że nazwy muzeów oraz galerii w których te dzieła są prezentowane, też można sobie darować.

W książce „Jak czytać sztukę” znalazłem taką wypowiedź Stelli (o swojej pracy artystycznej):

– „Zacząłem na serio marzyć o takiej metodzie pracy, o której nie dałoby się nic napisać.”

Czym jest szare życie zwyczajnego człowieka wobec wielkich marzeń artysty?

Trzeba przyznać, że postawił mnie w bardzo trudnej sytuacji, ale postanowiłem uszanować te jego marzenia, więc o metodzie pracy malarza nie będę pisał.

Za to napomknę o jego idei sztuki, którą (wg. przywołanej książki) sam Stella określił tak:

„nie widać tego, co widać”.

Przyjrzałem się fotografiom jego najbardziej znanych prac i muszę stwierdzić, że jest wprost przeciwnie. Moim zdaniem na jego obrazach wyraźnie widać to, co widać i na dodatek w kolorach... za wyjątkiem tzw. czarnej serii obrazów.

Moja ulubiona znawczyni sztuki Maria Bolanos Atienza, autorka wspomnianej książki (ta, od której uczyłem się „czytać sztukę”) - o mistrzu Stelli (pewnie zauważyliście już, że swoje teksty pisane z przymrużeniem oka poświęcam głównie uznanym „mistrzom”) pisze m. in w taki sposób: -

„Frankowi Stelli (1936), świeżemu absolwentowi Princeton w 1958 roku, wystarczył rok, by zadziwić świat artystyczny kilkoma czarnymi obrazami, stanowiącymi wyzwanie dla całego pokolenia mistrzów”.

Wspomniane „czarne” obrazy wyglądały mniej więcej tak:

 Mam nadzieję, że wy też czujecie się już zadziwieni, a to dopiero początek.

Autorka pisze dalej:

„Płótna wydawały się banalne, pozbawione wdzięku i biegłości, monotonne. Były symptomem pokoleniowego zerwania, które dokona się w połowie lat sześćdziesiątych, ponieważ – wbrew pozorom – jego motywacje nie miały nic wspólnego z wpływem wielkich mistrzów europejskiej abstrakcji geometrycznej... Troską, która go nurtowała, było sprawdzenie, czym jest malarstwo...

I tak, około 1960 roku, sale galerii zaczęły się zapełniać dziełami o lodowatym, aseptycznym, racjonalnym i bezosobowym charakterze, prawie bez treści – tak, jakby zostały stworzone przez anonimowego twórcę lub nieludzką maszynę.”

Przyznajcie, że macie teraz podobne odczucia, jak ja i autorka Maria... tzn, że faktycznie przypomniane dzieła wydają się: „banalne, pozbawione wdzięku i biegłości, monotonne”. Dodam tylko od siebie, że niektóre z tych „czarnych” obrazów są tak czarne, że oprócz tej czarnej czerni prawie nic więcej na nich nie widać... dlatego, myślę – że nie zdziwi was fakt, że po jakimś czasie, Frank Stella postanowił jeszcze bardziej zadziwić świat i wprowadził do swoich obrazów kolory.

Te kolorowe obrazy wyglądają z kolei tak:

 I chyba znowu zgodzicie się ze mną, że to sięgnięcie przez mistrza po inne kolory, to był pomysł w malarstwie przełomowy. To już nie jest odkrycie na miarę pisuaru Duchampa, ale co najmniej koła od roweru razem z kierownicą i dzwonkiem. Tu nawet zydel jest niepotrzebny, chyba, żeby na chwilę usiąść i zadumać się nad kondycją sztuki, albo raczej kondycją jej kreatorów.

Moim zdaniem, w tych „odkryciach kolorów” przez „mistrzów” sztuki współczesnej i nowoczesnej – jest coś porażającego. Przez całe wieki malarze używali przeróżnych, kolorowych farb (mieszanych na dowolne sposoby) malując przeróżne obrazy (często ponadczasowe arcydzieła) i nikt nie robił z tego sensacji, a teraz krytycy sztuki i kreatorzy kultury pieją z zachwytu nad faktem, że jakiemuś artyście uznanemu za „nowoczesnego” udało się odkryć istnienie tubek z farbami o różnych kolorach. A jeśli jeszcze jakiś malarz zacznie je mieszać i nanosić na płótno, to już musi zostać okrzyknięty „mistrzem”.

Maria Bolanos Atienza opisuje tę zmianę w kolorystyce dzieł Stelli w taki sposób:

„Stella sprzeciwia się wciąż pogłębiającej się ewolucji własnego stylu i wprowadza żywe kolory, chociaż nakładane z zimną techniką, w której kolor jest traktowany tylko jako materiał, bez osobistego ciepła... W rzeczywistości jego sposób malowania przypomina malarstwo pokojowe, którym parał się w młodości, by zarobić na życie. To ta praktyka, technika i narzędzia malarza ściennego pozwoliły mu wykonać skok w świat inaczej pojmowanego malarstwa. Wspomina: Odkryłem, że w tej formie ekspresji nie mam nic do powiedzenia. Nie chciałem uwiecznić żadnego śladu. Chciałem wydobyć farbę z tuby i nałożyć ją na płótno”

Kiedy tak przypatruję się tzw. arcydziełom nowoczesnego malarstwa, to często mam wrażenie, że właśnie tak w przybliżeniu wygląda warsztat twórczy typowego, nowoczesnego artysty (i jednocześnie mistrza) – jeśli akurat ma ochotę nałożyć farbę na płótno, to wydobywa ją z tuby i nakłada (choć czasem wylewa bezpośrednio z puszki), a w międzyczasie główkuje nad ideologicznym uzasadnieniem tego swojego „nakładania”. Aż chciałoby się zawołać – „Brawo wy!!!”.

Twórczość artysty miała również swój polski epizod. W roku 2016 w muzeum POLIN odbyła się wystawa pt. „Frank Stella i synagogi dawnej Polski".

Na stronie muzeum pisze się o niej, że „... była unikatową okazją do spotkania z osobowością uznawaną powszechnie za jednego z najważniejszych amerykańskich artystów XX wieku. Na wystawie w Muzeum POLIN nie tylko można było zobaczyć niezwykłe prace nowojorskiego twórcy, ale również poznać fascynującą historię ich powstania. Po raz pierwszy reliefy z cyklu "Polskie miasteczka" (ang.: Polish Village series) były zestawione ze źródłami inspiracji Stelli, a więc przedwojennymi zdjęciami i rysunkami pomiarowymi synagog.”

Poniżej jedno ze zdjęć z wystawy:

 Oczywiście to nie jest tak, że Stella posługiwał się w malarstwie tylko figurami geometrycznymi oraz liniami i krawędziami prostymi. Tworzył też sztukę znacznie bardziej wymagającą... o zdecydowanie większym stopniu komplikacji. Kto nie wierzy, niech sobie spojrzy poniżej:

 Na wszelki wypadek informuję, że to białe na trzecim polu, to też jest podobno obraz, choć nie wykluczam, że mogło być i tak, że ktoś przez pomyłkę powiesił na wystawie prac mistrza (zamiast jednego z jego dzieł) białe podobrazie... a potem już nikt nie miał śmiałości, by sprawę sprostować i przeprosić za pomyłkę. Dla spokoju sumienia dodam, że niektóre z obrazów Franka Stelli, jako malunki są niczego sobie i moim zdaniem - zupełnie nie potrzebują tej całej ideologii dorobionej do jego twórczości... a ten czerwony obraz...

Mnie się nawet podoba, ale (a co mi tam, napiszę) zbyt mocno przypomina fragmenty malowideł Marka Rothko. Ma to jednak tę pozytywną stronę, że uzmysłowiło mi, iż przyszła pora, by przyjrzeć się sztuce i tego... światowej sławy malarza. A na razie – poniżej moja propozycja zagospodarowania koloru czerwonego (obraz zatytułowany „W czerwonej mgle”):

 Mam nadzieję, że zgodzicie się ze mną, iż malarstwo wcale nie musi być pozbawione piękna i magii, a kolory można nakładać na płótno bez tworzenia (dla tej naturalnej dla malarza czynności) ideologicznego „kitu”, czego przykładem jest (myślę) obraz otwierający niniejszy tekst.

Nazwałem go: „Oczarowanie”.

You have no rights to post comments