Inne

 Marcel Duchamp to artysta, który wsławił się głównie tym, że wymyślił koło, domalował Giocondzie wąsy i wynalazł pisuar.

Pewnie niejeden z czytelników zaraz się żachnie – jak to wymyślił koło?

A tak to – zwyczajnie. Wziął koło rowerowe, zamocował je na czymś w rodzaju zydla, czy taboretu i wymyślił sobie, że będzie to dzieło sztuki z nowego gatunku „ready-made”.

Teraz pewnie rozlegną się głośne brawa, bo jednak: prekursor, czwarty wymiar i generalnie geniusz... - skoro pierwszy wpadł na tak epokowy pomysł, by pokazać na wystawie rowerowe koło, którym można sobie pokręcić.

Myślę, że każdy chyba zgodzi się ze mną, iż przy takim ruchomym kole – kwadraty Malewicza wydają się jeszcze bardziej płaskie i kanciaste... stanowiąc namacalny przykład cofnięcia się sztuki w rozwoju. A ten czarny, to coś jakby symbol bezruchu i w zasadzie - na sztuce... czarna plama o ostrych (choć regularnych) brzegach. Poniżej załączyłem zdjęcie wiekopomnego dzieła Duchampa:

 Nie wiem, czy zauważyliście, że w tym epokowym dziele coś jednak nie gra... i nie w tym rzecz, że można było do tego artystycznego zestawu dołączyć jeszcze pozytywkę, czy katarynkę. Chodzi o to, że jest rowerowe koło, które (mimo tego, że się kręci) raczej nigdzie nie pojedzie i jest stojący zydel (o czterech nogach), na którym nie da się usiąść.

A tak nieco poważniej – czy takie koło z zydlem, to już sztuka... albo raczej – czy to jeszcze sztuka?

Nie wiem, ale jeśli przyjąć, że „już” - to nie ma co wydziwiać, tylko chyba raczej trzeba temu przyklasnąć, bo w takim razie okazuje się, iż Duchamp wprowadził do elitarnego świata sztuki rzeczy codzienne i zwyczajne.

Wyczuwam... jakby nutkę sceptycyzmu.

Chyba można założyć, iż prawie wszystkim powinno się coś takiego podobać, gdyż tym sposobem każdy z nas ma teraz w domu coś na kształt świątyni sztuki, w której zgromadził tysiące przeróżnych eksponatów z gatunku „ready-made”. Aż żal wyrzucać zużyte sprzęty, czy rzeczy już niepotrzebne... Przeszarżowałem?

Może trochę... Faktycznie w moich myślach też rodzi się pytanie – po co nam w takim razie muzea, wystawy i galerie sztuki? I pojawia się jeszcze jeden nierozstrzygnięty dylemat – czy Duchamp faktycznie podniósł rangę przedmiotów codziennych wznosząc je na wyżyny sztuki, czy raczej był jednym z tych, którzy sztukę odarli z nimbu nadzwyczajności i ściągnęli do poziomu szarości oraz bylejakości?

W przytaczanej już wielokrotnie książce („Jak czytać sztukę?”) znalazłem ciekawą historyjkę, którą kiedyś podobno opowiadał sam mistrz o jednej ze swoich prac. Pozwolę sobie ją zacytować:

- „Zamówiła to u mnie siostra Katherine Dreier, która chciała mieć coś mojego. Nie chciało mi się malować, w typowym znaczeniu tego słowa, więc powiedziałem jej – Zgoda. Ale zrobię to, co mi przyjdzie do głowy.

Włożyłem więc parę marmurowych kostek niczym kostki cukru, termometr i sepiową kość do klatki dla ptaków, pomalowałem to wszystko na biało i sprzedałem jej za trzysta dolarów.

Zarobiłem pieniądze! Biedna kobieta nie mogła tego zaakceptować, wcale jej się nie podobało. Sprzedała to siostrze Katherine; ta też wkrótce miała dość. Za tę samą cenę odsprzedała to Arensbergom”.

Wspomniana praca (wg. przytoczonej książki) nazywa się „Dlaczego nie kichnąć, Rrose Selavy?”, ma wymiary 12,4 x 22 x 16 cm. i wystawia ją Philadelphia of Art w Filadelfii. Wygląda ona tak:

 Co myśleć o Buchampie i jego sztuce? Co myśleć o artyście malarzu, którego najbardziej znany obraz (a właściwie obrazek), to (wg. fachowych źródeł) Mona Lisa z domalowaną brodą i wąsami?

Nie śmiejcie się, bo to sprawa dość poważna. W moich czasach szkolnych, jeśli jakiś huncwot dorysował komuś, na fotografii, czy portrecie wąsy lub brodę, to wędrował do kąta, albo został wytargany za uszy.

Duchamp zaś, na pocztówce ze zdjęciem obrazu Leonarda da Vinci dorysował znanej powszechnie damie wąsy oraz brodę i...

No, właśnie! To wątpliwej urody „dzieło” wystawia się dzisiaj w Muzeum Narodowym w Paryżu, a autor tego wybryku jest uważany za jedną z najważniejszych ikon światowej sztuki.

Wspomniane „dzieło” wygląda tak:

 Dla mnie, to zwyczajna profanacja kultowego dzieła mistrza Leonarda, ale dawno już się przyzwyczaiłem, że promocja oraz kreowanie sztuki współczesnej i nowoczesnej – często niewiele ma wspólnego z kulturą.

 

Tak was zagadałem, że boję się, iż teraz już nikt (nawet w myślach) nie zapyta o ten wynaleziony przez mistrza pisuar. A byłoby szkoda, bo sprawa jest bardzo ciekawa i dość szeroko (choć na różne sposoby) komentowana w fachowych opracowaniach.

W skrócie rzecz miała się ponoć tak: mistrz udając się na jedną z wystaw wstąpił po drodze do sklepu, wynalazł tam pisuar, który zakupił i w charakterze eksponatu (zatytułowanego „Fontanna”) dostarczył na wystawę... skłócając się przy okazji z jej organizatorami.

Jak mogła wyglądać jego argumentacja? Ja wyobrażam to sobie mniej więcej w taki sposób:

- „Obiecałem wam fontannę, więc przyniosłem „Fontannę”, tylko trzeba ten pisuar gdzieś tu postawić na jakimś eksponowanym miejscu... Jak to nie? Ja uważam, że nie tylko fontannę symbolizuje, ale w istocie jest swego rodzaju fontanną, a przynajmniej jej istotną częścią... Czego nie rozumiecie? Przecież to jasne, klarowne i jeszcze nie używane... Tu się podłącza wodę, poniżej jest odpływ, a stąd sika... Słucham? No, właśnie. A w fontannie pan się kąpał?... Więcej pokory i wyobraźni. Zaraz, zaraz - nie mówcie mi, że to dzieło jest bezwartościowe. Sam kiedyś z czegoś takiego korzystałem... Co?... Jak to nie moje? To już jest zwyczajne oszczerstwo, za które będę żądał satysfakcji... może mam przedstawić rachunek?... Jak nie, to nie, ale jeszcze zobaczycie, że to znajdzie miejsce w najsłynniejszych muzeach świata”.

 

Naprawdę fajna legenda... z takich - o ludziach z charakterem, co to się w życiu „nie kłaniali”, „nie ulegali” i „nie klękali”.

Uznałem, że nie ma sensu przypominać, jak wygląda pisuar. Ten szczególny podobno został po całej tej hecy zniszczony, choć spotkałem się również i z taką informacją, że nadal gdzieś istnieje i jest obecnie wart jakieś trzy miliony dolarów.

 

Jak by nie było, liczne jego kopie znajdują się aktualnie w wielu renomowanych muzeach i bynajmniej nie chodzi mi o te zainstalowane w muzealnych toaletach. To oryginalne „dzieło sztuki” różni się od innych znamiennym szczegółem... mianowicie umieszczono na nim napis: - R. Mutt 1917, i ta inskrypcja (jak się okazuje) jest dość ważna.

 

Na portalu „Rynek i sztuka” znalazłem ciekawy artykuł. Nosi on tytuł: - TAJEMNICE SZTUKI: CZY MARCEL DUCHAMP ZAWŁASZCZYŁ „FONTANNĘ”?

Autorka artykułu pisze o całej sprawie m. in tak: -

„„Fontanna” Marcela Duchampa z 1917 roku, jest jednym z najlepiej znanych dzieł sztuki wpisujących się w filozofię ready-made. Pisuar z inskrypcją: R. Mutt 1917, który powstał jako manifest nieskrępowanej formalnie i znaczeniowo, odrzucającej atrakcyjność wizualną jako wykładnik sztuki wysokiej, nie wyszedł jednak spod ręki francuskiego malarza. Wszystko wskazuje na to, że jego autorką jest niemiecka artystka i poetka Elsa von Freytag-Loringhoven...

Duchamp utrzymywał, że kupił pisuar od J. L. Mott Iron Works w Nowym Jorku, przekazując go później na wystawę Salonu Artystów Niezależnych i nazywając „Fontanną”. Duchamp nie mógł jednak kupić pisuaru, ponieważ Mott nigdy nie sprzedał tego konkretnego modelu.

Najbardziej wymowny w tej sprawie jest list, jaki Duchamp napisał do swojej siostry w dniu 11 kwietnia 1917 r. – dwa dni po tym, jak zarząd odrzucił jego Fontannę. Artysta napisał: „jedna z moich przyjaciółek pod męskim pseudonimem Richard Mutt, przesłała porcelanowy pisuar jako rzeźbę””.

Jak naprawdę było? Nie wiem, ale czasem się zastanawiam - kim tak naprawdę był Duchamp? – Kimś w rodzaju filozofa, artystą z niesamowitym poczuciem humoru, nieco szalonym ekscentrykiem, przewrotnym kuglarzem, a może...?

No, właśnie – a może w jakiejś części każdym z nich?

 

Zastanawiałem się, co można by stworzyć - wzorując się na twórczości Duchampa. Wynaleźć na śmietnisku jakiś wyrzucony sedes i przedstawić go jako pochłaniacz? Pochwalić się zakupioną umywalką, podpisując eksponat – „nowa sadzawka” . A może nalać (zamiast nafty) słonej wody do starej lampy naftowej i nazwać to „latarnią morską”?

Można by też wziąć choćby zdjęcie z autoportretem Picassa i domalować mu wąsy, czy brodę, ale... no właśnie. Z tym autoportretem, to chyba nie jest dobry pomysł, bo różnicę mało kto by zauważył.

Zrezygnowałem więc z jakiejkolwiek inspiracji działalnością Duchampa i przedstawiam (poniżej) jeden ze swoich obrazów „przestrzennych”. Jeszcze nie wymyśliłem dla niego sensownej nazwy, więc jeśli ktoś ma jakiś pomysł, to obiecuję, że wezmę go pod rozwagę.

 Ps. Obraz rozpoczynający niniejszą notkę nazwałem „Źródło”.

You have no rights to post comments