Inne

 Artystą zainteresowałem się, gdy kilka lat temu wpadł mi w ręce artykuł (opublikowany na portalu "Rynek i sztuka") dotyczący próby zbezczeszczenia jednego z jego największych dzieł. Portal pisał o tym zdarzeniu tak:  

„Każdy artysta marzy, aby jego dzieła budziły w widzach silne emocje. Jednak reakcja Amerykanki Carmen Tisch na obraz Clyfforda Still’a przyprawia o niedowierzanie. Kobieta została oskarżona o zniszczenie dzieła wartego ponad 30 milionów dolarów. Carmen Tisch odwiedziła muzeum poświęcone Clyfford’owi Still’owi 29 grudnia 2011 roku. Oglądając wystawę natrafiła na 1957-J-nr. 2, czyli jeden z najwspanialszych obrazów znajdujących się w placówce. Zgodnie z raportem naocznych świadków, w pewnym momencie kobieta zaczęła drapać dzieło, uderzać w nie, aż w końcu zdjęła spodnie i ocierała o powierzchnię obrazu pośladkami. Zwieńczeniem tego niezrozumiałego aktu, było częściowe zsunięcie pracy na podłogę i usiłowanie oddania na nią moczu. Jak zbadali eksperci, ekskrementy nie trafiły na szczęście na powierzchnię malowidła, jednak całkowity koszt przywrócenia płótna do dawnej świetności szacuje się na około 10 tysięcy dolarów. Nikt nie potrafi dokładnie określić, dlaczego Carmen Tisch zareagowała w tak nieprzewidziany sposób na widok obrazu.”

 Mark Rothko (Markus Rothkowitz), to żydowski emigrant, który mając dziesięć lat dotarł w 1913 roku do Stanów Zjednoczonych, tam później uprawiał swoje słynne malarstwo barwnych płaszczyzn i tam popełnił samobójstwo w 1970 r.

Pewnie nikt dokładnie nie wie, ile obrazów Mark Rothko w swoim życiu namalował, choć w większości nadawano im w charakterze nazw numery, co powinno ułatwić rozeznanie w tej materii.

Z reguły są to duże, prostokątne płaszczyzny, lub pasy (o nieostrych brzegach) – pomalowane niejednolicie na różne kolory. Stąd wzięły się też i nazwy pochodzące od dominujących na poszczególnych płótnach barw. Wydawałoby się, że nazwa płótna wzięta od zastosowanej kolorystyki powinna wystarczyć, by dzieła można chociaż od siebie odróżnić, ale w świecie sztuki nic nie jest takie, jak się wydaje. Skoro znaleźli się chętni, by aż tyle płacić za obrazy Mistrza, to i trzeba było również zapewnić na odpowiednim poziomie podaż. A skoro tak, to znalazły się dzieła wykonane w podobnej kolorystyce - w końcu paleta odróżnialnych dla oka barw jest skończona. Żeby było jeszcze zabawniej, podobno istnieją i takie płótna artysty, które bezimiennie krążą po świecie albo pozostają ukryte w skarbcach kolekcjonerów, mecenasów sztuki oraz wszelkiej maści krezusów inwestujących w sztukę.

 Marcel Duchamp to artysta, który wsławił się głównie tym, że wymyślił koło, domalował Giocondzie wąsy i wynalazł pisuar.

Pewnie niejeden z czytelników zaraz się żachnie – jak to wymyślił koło?

A tak to – zwyczajnie. Wziął koło rowerowe, zamocował je na czymś w rodzaju zydla, czy taboretu i wymyślił sobie, że będzie to dzieło sztuki z nowego gatunku „ready-made”.

Teraz pewnie rozlegną się głośne brawa, bo jednak: prekursor, czwarty wymiar i generalnie geniusz... - skoro pierwszy wpadł na tak epokowy pomysł, by pokazać na wystawie rowerowe koło, którym można sobie pokręcić.

 W tym odcinku „Sztuki współczesnej i nowoczesnej na wesoło” przyjrzymy się sztuce Franka Stelli – amerykańskiego malarza, grafika i rzeźbiarza, który stworzył mnóstwo malarskich dzieł... ale tak (na swój sposób) do siebie podobnych, że nawet nie ma co sobie zawracać głowy ich tytułami (zwłaszcza, że tytuły mają się nijak do treści namalowanych obrazów). Myślę, że nazwy muzeów oraz galerii w których te dzieła są prezentowane, też można sobie darować.

W książce „Jak czytać sztukę” znalazłem taką wypowiedź Stelli (o swojej pracy artystycznej):

– „Zacząłem na serio marzyć o takiej metodzie pracy, o której nie dałoby się nic napisać.”

Czym jest szare życie zwyczajnego człowieka wobec wielkich marzeń artysty?

Trzeba przyznać, że postawił mnie w bardzo trudnej sytuacji, ale postanowiłem uszanować te jego marzenia, więc o metodzie pracy malarza nie będę pisał.

Za to napomknę o jego idei sztuki, którą (wg. przywołanej książki) sam Stella określił tak:

„nie widać tego, co widać”.

 Dzisiaj w cyklu „Sztuka współczesna i nowoczesna na wesoło” kolejna ikona światowego malarstwa. Pieter Cornelis Mondriaan (bo o nim mowa) - holenderski artysta malarz znany bardziej jako Piet Mondrian (1872 – 1944), swoją przygodę z malarstwem rozpoczął od rysunku oraz kopiowania dzieł znanych mistrzów. Później malował pejzaże (i całkiem nieźle mu to wychodziło), ale (niestety) dał się uwieść malarstwu nowoczesnemu. Było więc spotkanie z kubizmem, szukanie swojej artystycznej drogi w dżungli abstrakcji i „sukces” w postaci stworzenia własnego stylu, któremu nadano nazwę neoplastycyzmu... więc, jak widzicie mamy do czynienia z kolejnym mistrzem.