Podobno mamy nowe „Gwiezdne wojny”. Piszę „podobno”, bo w tej materii trudno o pewność nawet po seansie. To znaczy, „Gwiezdne wojny” z pewnością, trudno tylko z ręką na sercu powiedzieć, że nowe.

Twórcy wyraźnie wyszli z założenia, że widzowie kochają to, co już znają i że powtórka z rozrywki będzie spełnieniem ich marzeń. Bo przecież to konkretne elementy tamtych filmów uczyniły je takimi hitami. To konkretne motywy uzyskały status kultowych. Czego więc jeszcze fanom trzeba do szczęścia oprócz przywołania na powrót tych motywów? Sądząc po bardzo pozytywnym odbiorze, z jakim spotyka się „Przebudzenie Mocy” - najwyraźniej niczego.

 

Oczywiście filmowe serie rządzą się swoimi prawami i wymagają wręcz pewnej powtarzalności, a ich wielbiciele łakną powrotu tych stałych pomysłów. Między innymi dlatego finansową porażką okazał się „Terminator: Ocalenie”, bo „łee, nie ma cyborgów wysłanych w przeszłość, żeby kogoś zlikwidować; Arnolda też nie ma; ale kaszana!”. Twórcy oczywiście w samym filmie próbowali brak pewnych stałych elementów zrekompensować... powtarzaniem innych (bo co to przykładowo byłby za „Terminator” bez „I'll be back”?).

Bez tego w filmowych seriach się po prostu nie obejdzie, a widzom uśmiech rośnie na twarzy, gdy widzą kolejne nawiązania do swoich ulubionych filmów. Podczas seansu „Przebudzenia Mocy” jak bumerang wraca jednak uporczywe pytanie - w którym miejscu kończy się hołd dla poprzednich części i mruganie okiem do widzów, a zaczyna zwyczajne leniwe odtwórstwo?

 

Gdy na ekranie pojawia się napis „Dawno, dawno temu w odległej Galaktyce”, wszyscy się cieszą, bo to jest to, co powtórzyć się po prostu w każdej części musi. Tak samo jak i wielki napis „Star Wars” i następujący po nim tekst mknący w kosmiczną przestrzeń przy niezmiennym od dekad motywie muzycznym Johna Williamsa. Tego wszystkiego mieliśmy się prawo spodziewać. Mało, wymagaliśmy tego!

Kiedy jednak zaczynamy czytać ów wprowadzający do filmu tekst, pojawiają się pierwsze zgrzyty. Bo oto mamy praktycznie sytuację wyjściową ze Starej Trylogii. No zaraz! Czy rebelianci nie wygrali? Czy Luke i jego przyjaciele nie odnieśli nad Imperium wielkiego zwycięstwa? I co, teraz twórcy nowej części wzięli i po chamsku wyrzucili tamto zwycięstwo do kosza, pokazując, że było ono nic nie warte? Nic się przecież nie zmieniło, tylko nazwy! Zamiast Imperium mamy jakiś First Order, a zamiast Rebelii jakiś Ruch Oporu. Oż w mordę, ale różnica!

I niech mi teraz ktoś powie, czemu mam kibicować nowym postaciom? Przecież nawet, jeśli w ostatnim epizodzie tej najnowszej trylogii i one odniosą zwycięstwo, to co z tego? Zaraz pojawi się kolejna trylogia, która już na wstępie umniejszy wartość tego zwycięstwa. (Bo że kolejna trylogia się pojawi, to nie ulega wątpliwości – ludzie z Disneya otwarcie przyznali, że będą doić markę, dopóki nie zdechnie. Może w innych słowach, ale to właśnie mieli na myśli).

Sytuacja wyjściowa filmu jest w uderzający sposób zwyczajną kalką z trylogii Lucasa, dlatego nawet nie starano się jej jakoś sensownie wyjaśnić, umotywować, uprawdopodobnić. Nie wiemy, jak doszło do powstania First Order, który pojawił się „na gruzach Imperium” (tylko tyle nam mówią). Co to w ogóle jest? Reżyser w wywiadach porównywał tę organizację do dzisiejszych neonazistów. Mogłoby to nawet pasować, gdyby neonaziści wskrzesili Trzecią Rzeszę i podbili przynajmniej z kilka państw ościennych. Bo ci fanatycy z „Przebudzenia Mocy” to nie są jakieś postimperialne niedobitki, tylko potężna organizacja z nie mniej potężnym zapleczem, zdolna do budowy broni, przy której osiągnięcia Imperium to pikuś. Jak takie zagrożenie mogło się pojawić obok galaktycznej Republiki? Nie wiemy. Minęło trzydzieści lat i możemy je sobie zapełnić własnymi domysłami.

Nie wiemy też, skąd nagle wziął się ten wielki lider Snoke. Skąd w ogóle ta Ciemna Strona Mocy, skoro wszyscy jej spadkobiercy dawno wąchają kwiatki od spodu?

I skoro po upadku Imperium wskrzeszono Republikę, to dlaczego z First Order walczy jakiś zabiedzony Ruch Oporu (który wygląda jak Rebelia po obcięciu funduszy), a nie Republika właśnie? Co oni, armii nie mają? A jeśli faktycznie nie mają, to czemu przynajmniej otwarcie nie poprą Ruchu Oporu? Kojarzycie tego Hitlera dla ubogich, co to zapodaje do szturmowców z First Order przemowę tak karykaturalną i krzyczącą: „nazizm, nazizm!” bez grama subtelności, żeby czasem jakiś widz XXI wieku nie przegapił odniesień (doprawdy, w czasach Starej Trylogii takie rzeczy robiło się z wyczuciem)? Ze słów tej przemowy wynika, że Republika generalnie zachowuje bierność. A czemuż to? Czemu nie chce się mieszać, skoro First Order napada na planety, zabija cywilów i porywa dzieciaki, by robić im pranie mózgu? Chyba że ta nowa Republika to jakiś słaby, chwiejny twór – ale tego to już się sami musimy domyślać. Bo film nie wprowadza nas w to, jak ten świat teraz w ogóle wygląda i funkcjonuje. Wielu fanów „Star Wars” było znużonych polityką w prequelach, więc w nowym filmie całkiem się od niej odcięto, co ma ten właśnie minus, iż niewiele wiemy o stosunkach panujących w tej nowej Republice.

Macie to co w Starej Trylogii, widzowie! Ci są źli, ci są dobrzy. Nie pytajcie o szczegóły. Nie no, poważnie, nie pytajcie!

 

Trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie o to w tym chodziło. Wielu widzów było zawiedzionych prequelami i tym, że one nie są „jak Stara Trylogia”. Więc twórcy „Przebudzenia Mocy” chcieli się tym widzom przypodobać, niestety zupełnie nie zrozumieli, czego tak naprawdę oni sobie życzą. Bo widzowie pod sformułowaniem „jak Stara Trylogia” mieli na myśli „w klimacie Starej Trylogii”, czyli filmy mniej nastawione na polityczne gadki i intrygi, a bardziej na przygodę, z bohaterami zapadającymi w pamięć i emocjonującą historią. Ludzie stojący za „Przebudzeniem Mocy” pojęli to jednak opacznie – że muszą po prostu upodobnić swój film do Starej Trylogii jak najbardziej pod względem fabularnym.

Więc sytuacja wyjściowa jest ta sama. Nie tylko dlatego, że Imperium i Rebelia po prostu zmieniły nazwy. Także i postacie wróciły do swoich starych ról. Leia dalej jest rebeliantką, a Solo znowu szmuglerem. Po trzydziestu latach. Miło.

Oczywiście część postaci nie mogła z oczywistych względów powrócić do swych ról, ale nie szkodzi. Pojawił się wakat, to przyszli nowi bohaterowie, by wypełnić te puste miejsca. Po stronie Imperium, znaczy First Order, oczywiście musimy więc mieć łotra w masce zniekształcającej głos. I tak jak u Vadera to było konieczne ze względu na to, jak został zmasakrowany, u Kylo Rena z „Przebudzenia Mocy” nie ma takiej potrzeby – można odnieść wrażenie, że to po prostu jego kaprys, by jak najbardziej upodobnić się do swego idola, Vadera. „Nie potrzebuję tej maski, ale będę ją nosił, bo chcę być jak Vader”! Możemy zatem zauważyć, że postać Kylo Rena podziela i najlepiej obrazuje problemy twórców filmu – ślepe zapatrzenie w przeszłość i próbę wejścia w czyjeś buty, zamiast poszukiwania własnej tożsamości.

No a ponieważ Vader rozmawiał z wielkim hologramem Imperatora, to i Kylo też tak robi. Zamiast klimatycznego, zakapturzonego Palpatine'a, mamy wprawdzie jakiegoś niedorobionego, komputerowo animowanego Snoke'a, który jest całkowicie antyklimatyczny i trudno go brać na serio. Jeszcze do niego wrócę, żeby się nad nim trochę poznęcać.

I już w pierwszej scenie ci źli napadają tych dobrych, jak w „Nowej Nadziei”. I członek Ruchu Oporu/Rebelii ukrywa ważne informacje w droidzie. Ale spoko, jest świeżość, bo teraz droid jest piłką. Aleśmy dali do pieca! Jeszcze trochę i innowacyjność nas rozsadzi!

No i ten droid błąka się po piaszczystej planecie, która wcale nie jest Tatooine. I spotyka pewną osobę nie będącą Lukiem Skywalkerem. A potem już z górki. Ucieczka z pustynnej planety Sokołem Millennium, rebelianci (o pardon, Ruch Oporu)... Po drodze oprócz piaszczystej nie-Tatooine zwiedzimy też lesisty nie-Endor i śnieżny nie-Hoth. Pamiętacie jak prequele pokazały nam całkiem nowe, fantazyjne lokacje, takie jak oceaniczna planeta Kamino czy wulkaniczny Mustafar? Koniec tego dobrego. Nie spodziewajcie się więcej po twórcach fantazji. Czemu? Ano, bo każdy praktycznie element w nowym filmie musi odnosić się do jakiegoś innego z przeszłości. Stąd też i lokacje są „nowe, ale stare”. Każda z nich odwołuje się do tego, co było w Starej Trylogii. Łącznie z kantyną z Mos Eisley, którą z Tatooine przeniesiono na Endor, myśląc może, że jej nie poznamy.

No i mamy wreszcie wisienkę na torcie – oto jest i Gwiazda Śmierci! Znaczy nie, co ja plotę? Jaka tam Gwiazda Śmierci! Starkiller! Który się diametralnie różni, ponieważ jest jeszcze większy! Po prostu nie wierzę! Nie wierzę, że ktoś miał aż taki tupet!

Poważnie, kiedy Imperium sobie w „Powrocie Jedi” fundnęło drugą Gwiazdę Śmierci, to człowiekowi przychodziły do głowy dwie myśli. Pierwsza: „Czy ta poprzednia naprawdę się tak super sprawdziła, żeby robić następną i to też taką, którą wystarczy trafić w konkretny punkt, żeby całą rozsadzić?”. I druga: „Oho, twórcom powoli zaczyna brakować pomysłów”. Kiedy widzę, że zrobiono to teraz po raz trzeci (TRZECI, do licha ciężkiego!), czuję się, jakby twórcy pokazali mi środkowy palec. To było jak przyznanie się, że mają nas gdzieś, bo i tak przyjdziemy na wszystko, co będzie mieć „Star Wars” w tytule i zostawimy swoją kasę. Nie trzeba się więc nawet starać.

Żeby trochę załagodzić sytuację, scenarzyści włożyli w usta Hana kwestię, że ten cały Starkiller to przecież Gwiazda Śmierci i tyle (na co jakaś inna postać, że nie, gdzie tam, chłopie; żadna Gwiazda Śmierci, tylko coś dużo gorszego; patrzaj pan, jakie to ogromne i zabójcze!). Tylko że to w gruncie rzeczy niczego nie łagodzi, bo pokazuje, że twórcy zdawali sobie w pełni sprawę, jaki ten wątek jest naciągany i po prostu leniwy, ale nic z tym nie zrobili. Że on się tam znalazł nie przez jakąś nieudolność scenarzystów, ale z czystego wyrachowania.

Czy naprawdę tak trudno, by kontynuacja Starej Trylogii wprowadziła coś nowego, kroczyła własną drogą zamiast po śladach poprzedniczek? Nie, to nie jest takie trudne, co pokazał chociażby Timothy Zahn w cenionej przez fanów „Star Wars” książkowej Trylogii Thrawna. I owszem, niektóre jego pomysły są słabe (jaszczurki blokujące działanie Mocy?! - no w mordę, poważnie?!), ale wprowadził do tego świata naprawdę ciekawe postacie (jak Mara Jade czy Talon Karrde, bo już sam admirał Thrawn jest, jak dla mnie, nieco przereklamowany), a fabuła jest pełna powikłań, zwrotów akcji i autentycznie wciąga. I nawet jeśli czasem czytelnik kiwa głową z politowaniem nad jakimś kontrowersyjnym pomysłem autora, to nie można odmówić Zahnowi jednego – nie bał się ryzykować, wprowadzać nowości do Galaktyki „Gwiezdnych Wojen”, rozbudowywać tego świata. Twórcy „Przebudzenia Mocy” wybrali bezpieczną drogę, bez ryzyka, ale i bez wyobraźni, entuzjazmu, fascynacji opowiadaną historią.

 

Od jakiegoś już czasu można zaobserwować w kinie, że mamy pewnego rodzaju erę recyklingu. Współczesne Hollywood nie jest już chyba w stanie wykrzesać z siebie nic na miarę klasyków z minionego stulecia, więc zamiast tego zwyczajnie na nich żeruje. Przywraca je na ekran w nowych odsłonach, coraz mniej różniących się od oryginałów, wiedząc, że nie trzeba się wysilać, bo sam sentyment, sama magia tych kultowych, znakomitych filmów z przeszłości, wystarczy, by przyciągnąć na kolejną odsłonę wszystkich tęskniących za dawną świetnością kina. I ta strategia niestety się sprawdza – po ogromnym sukcesie niedawnego „Jurassic World” kolejne rekordy bije właśnie „Przebudzenie Mocy”.

O tym, jak bezwstydna staje się ta praktyka, może świadczyć fakt, że reżyser nowych „Gwiezdnych Wojen”, J. J. Abrams, otwarcie zapewnia, że podobieństwa do Starej Trylogii, a „Nowej nadziei” w szczególności, są w pełni intencjonalne. „Aby pójść do przodu, musieliśmy najpierw nawiązać do przeszłości”, powiada. Serio, J. J. Abramsie? Ty tak na poważnie?

Podobnie bronią nowego filmu rzesze jego zwolenników: „Zanim się zaserwuje coś nowego w tym temacie, trzeba było przypomnieć widzom, czym są „Gwiezdne Wojny”!”. Naprawdę? Bo co, myślicie, że ktoś zapomniał o Starej Trylogii? Naprawdę w to wierzycie? Pobudka, ludzie! O Starej Trylogii nie da się zapomnieć! I za pięćdziesiąt lat też nie trzeba jej będzie PRZYPOMINAĆ!

 

Za to o „Przebudzeniu Mocy” za pięć lat nikt by nie mówił, gdyby nie był częścią sagi „Star Wars”. Bo choć to tak podobna historia, sposób realizacji jest znacznie słabszy. To kolejny film (jakże ich wiele w ostatnich latach), który, zamiast zagłębić się w opowieść, jak gdyby się po niej tylko „prześlizguje”. Odhacza kolejne punkty scenariusza, sygnalizuje nieco ciekawych wątków, ale nie mają one czasu i okazji, żeby odpowiednio wybrzmieć, bo trzeba już szybko przejść do następnej bitwy, ucieczki, czegokolwiek. Stąd całość robi wrażenie zaledwie szkicu, któremu nie dane było rozwinąć się w pełnokrwistą opowieść.

Ten pośpiech i brak zagłębienia w temat widać nie tylko w słabym przedstawieniu sytuacji, jaka panuje teraz w Galaktyce. Odbija się on też, co gorsza, na postaciach. Bo owszem, miło, że mamy wreszcie na pierwszym planie dziewczynę, posługującą się Mocą, ale osiąganie przez nią kolejnych poziomów wtajemniczenia to już nawet nie ekspres, a shinkansen.

Miło, że mamy szturmowca z moralnymi dylematami (bo to jeden z niewielu powiewów świeżości w tym filmie), ale szkoda, że te wątpliwości opadają go już w pierwszej scenie, w której go poznajemy. Szkoda, że tak z marszu decyduje się on stanąć przeciw First Order. I że wieloletnia indoktrynacja w ogóle nie odbija się na tej postaci. Zachowuje się swobodnie, nie ma problemów z interakcją z innymi ludźmi, taki wręcz luzak i dowcipniś z niego. Przez to motyw zbuntowanego szturmowca, potencjalnie najciekawszy, po prostu sobie jest i niewiele wynika z niego dla bohaterów i ich relacji.

I to chyba przez to typowe dla dzisiejszego kina narracyjne niedbalstwo i pośpiech, film jakoś po mnie spłynął, nie zaangażował, a nawet, o zgrozo, nieco nużył (nie do pomyślenia, zważywszy, że nie nudzą mnie nawet polityczne intrygi w prequelach, po których wszyscy tak jadą). Bo nie dość, że dostałem prawie to samo, co już kiedyś było, to opowiedziane to zostało jakoś słabiej i bez tych emocji. Nie porwało po prostu.

 

Nie wolno oceniać „Przebudzenia Mocy”, póki nie będzie skończona cała nowa trylogia. Dopiero w jej kontekście będzie można ocenić ten film właściwie”. Tak powiadają obrońcy najnowszej odsłony „Star Wars”. Oczywiście w ich rozumieniu to ma zamknąć usta tylko przeciwnikom. Ci, którym „Przebudzenie Mocy” się podoba, mogą je już teraz wychwalać wniebogłosy (choć przecież ocenianie go bez tego szerszego kontekstu całej trylogii miało być nie w porządku). Im wolno.

Nie wiem jak reszta świata się na to zapatruje, ale mnie osobiście męczą już filmy, które tak skupiają się na byciu wstępem do czegoś większego i lepszego (w założeniu), że nie starają się same w sobie być dobre. To żadne usprawiedliwienie dla filmu, że będą następne części!

Tym bardziej, że wydaje mi się, iż ta historia nie ma dużego pola do rozwoju w następnych dwóch filmach. To znaczy, no oczywiście, w kwestii samych fabularnych wydarzeń zawsze można coś dalej pociągnąć (np. dowalić czwartą Gwiazdę Śmierci, którą Ruch Oporu znowu zniszczy z palcem w nosie), ale po co? To po prostu byłyby doklejane kolejne wydarzenia, które służyłyby rozciągnięciu historii na trzy filmy, ale nie jej rozwojowi.

Bo co jak co, ale dobra opowieść powinna obejmować rozwój postaci. A z tym jest ten problem, że można odnieść wrażenie, iż cały ten rozwój odhaczono w pierwszym filmie (podobnie zrobił Jackson, który już w pierwszej części „Hobbita” pozwolił Bilbowi przejść klasyczną drogę „od zera do bohatera”, więc nie miał już potem za bardzo jak rozwijać tej postaci, stąd też wolał w następnych filmach poświęcać czas Legolasowi, elfio-krasnoludzkim romansom czy jakiemuś z kosmosu wziętemu Alfridowi).

Jakiż potencjał tkwił w postaci Finna, który mógł rozwijać się z oddanego First Order szturmowca w kogoś, kto zaczyna dostrzegać, że stoi po niewłaściwej stronie. Albo po prostu ze skrzywdzonego, poddanego indoktrynacji człowieka, który dzięki Rey i przeżytym z nią przygodom odkrywa inne wartości niż te, które mu wpojono, i staje się kimś lepszym. No niestety, nici, bo, jak już pisałem, ta postać przechodzi cały swój rozwój w pierwszej scenie, w jakiej się pojawia.

Także Rey, nasza główna bohaterka, już w tym pierwszym filmie przechodzi drogę od zwykłej (powiedzmy) dziewczyny do potężnej użytkowniczki Mocy, która nawet nie potrzebuje szkolenia, żeby wymiatać. I jak ma się w dalszych częściach rozwijać? Luke potrzebował kolejnych filmów, a jego nauka obfitowała w błędy i porażki, dlatego mogliśmy mu kibicować i przejmować się jego losem. Chcieliśmy, żeby po każdym upadku podnosił się i stawał silniejszy. Rey już teraz łoi wszystkim tyłki (a oprócz tego manipuluje szturmowcami przy użyciu Mocy, pilotuje Sokoła jak mistrzyni i jest złotą rączką, co to wszystko naprawi). Mam trzymać kciuki za postać, której wszystko wychodzi?

Gdzie tu dreszcz emocji, skoro bohaterka już teraz jest silniejsza niż Luke w epizodach IV i V, a wyzwania, które przed nią stoją, wydają się mniejsze? Tak, tak, mniejsze, bo First Order to może i ma środki nie ustępujące Imperium, ale choćby budowali swoje Gwiazdy Śmierci i tysiąc razy większe, to pod względem odczucia widza (przynajmniej mojego) będą i tak się jawić jako Imperium dla ubogich. Choćby dlatego, że główny zły, który stoi na ich czele, to okropnie animowany komputerowo (nie wiedzieć po co, bo jest na tyle antropomorficzny, że spokojnie można to było zrobić bez uciekania się do komputerów) typ o imieniu Snoke, które to imię samo w sobie pozbawia tę postać grozy i klimatu. Snoke, poważnie? A jego prawa ręka okazuje się zapatrzonym w Vadera, rozdartym wewnętrznie emo, co to mimo odbytego szkolenia jest takim leszczem, że (spoiler alert!) dostaje łomot od osoby pierwszy raz w życiu używającej świetlnego miecza. No rzeczywiście, napięcie w oczekiwaniu na przyszłe konfrontacje jest nieziemskie.

 

Co mogę napisać na koniec? Że zawód? Tyle to chyba widać. A akurat nie przyłączałem się do tych głosów, które po przejęciu Lucasfilm przez Disneya wieszczyły upadek kosmicznej sagi. Bo Disney to przecież porządne studio, które wypuściło od groma dobrych filmów. Cóż, najwyraźniej jednak nie mają w swych szeregach ludzi, którzy czują „Gwiezdne wojny”. I kiedy oglądałem ten film, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że tak naprawdę nikt nie miał na niego pomysłu. A kiedy kręci się film, nie mając na niego pomysłu, to jest to zwykły skok na kasę.

I nie, „Przebudzenie Mocy” nie jest tak bardzo złe, jak mogłoby się wydawać z moich tu wynurzeń. Do momentu opuszczenia planety Jakku nawet mi się to podobało (ucieczka Finna z gwiezdnego niszczyciela, czy Sokół Millennium vs TIE Fightery wśród wraków na pustyni – tu naprawdę było czuć przygodę), dopiero potem zdałem sobie sprawę, że to, co dzieje się na ekranie jakoś przestało mnie obchodzić. Miło też zobaczyć znów w „Gwiezdnych wojnach” prawdziwe lokacje i scenografie, nie mówiąc o animatronicznych robotach i kosmitach.

Nie sposób jednak nie widzieć, że twórcy poszli po linii najmniejszego oporu. Podeszli do „Star Wars” z brakiem fantazji, a fantazja jest przecież tym, czego tej sadze nigdy nie brakowało, nawet w powszechnie krytykowanych (nie zawsze słusznie) prequelach.

 

Przymknę na to oko, jeśli następna część będzie lepsza (a przede wszystkim, jeśli będzie wreszcie mówić własnym głosem, zamiast kopiować Starą Trylogię). Wtedy „Przebudzenie Mocy” stanie się dla mnie po prostu średnio udanym wprowadzeniem. Na razie jawi mi się jako marketingowy produkt, zrobiony bez duszy, by wycisnąć kasę, żerując na nostalgii.