Recenzje

Z okazji, że ostatnio telewizja przypomniała nam po raz n-ty „Avatara” Jamesa Camerona, ja, Marek Ł. J. Mazur przypomnę swój własny krytyczny tekst dotyczący tego właśnie filmu. Tekst, który ukazał się ładnych parę lat temu na stronie Klubu Miłośników Filmu, a także na moim filmwebowym blogu. Na potrzeby niniejszej publikacji dokonałem w nim oczywiście paru zmian, z których najważniejszą jest zmiana pseudonimu, pod którym wówczas pisałem, na moje prawdziwe nazwisko.

Ostrzegam wszystkich wielbicieli “Avatara” Jamesa Camerona – ta recenzja będzie krytyczna! I to jak! Skupi się na wszelakich wadach i mankamentach tej produkcji. I, co dziwniejsze, wcale nie dlatego, żebym jakoś wybitnie “Avatara” nie lubił. Nie przepadam, jednak film Camerona, jak dla mnie, da się oglądać bez bólu. Momentami wprawdzie przynudza (głównie w środkowej części), ale finał jakoś to rekompensuje. Jest to produkcja szalenie widowiskowa (prawdziwa uczta dla oczu) i dość, powiedzmy, przyjemna w odbiorze, tylko że równie szalenie wtórna, nieoryginalna, schematyczna, szablonowa i płytka. Dobra, jako lekki film do obejrzenia i pochrupania popcornu, no ale po Cameronie spodziewałem się o wiele więcej. “Avatar” to dobitne świadectwo wypalenia twórczego i zupełnego, zatrważającego braku pomysłów. Solidnie zrealizowana opowieść o niczym szczególnym. Techniczna perfekcja + merytoryczna bida z nędzą. Dlatego czuję lekką irytację, że jest powszechnie uważany za wybitne osiągnięcie filmowe – rzesze wielbicieli zdają się w ogóle nie dostrzegać jego mankamentów, z których największym jest kompletny brak oryginalności. 

Nie dlatego więc, że film jest zły, lecz dlatego, że nie jest tak dobry, jakim mógł być, skupię się na jego wadach. Bo zdumiewa mnie, że tylu widzów owych wad nie zauważa, lub bagatelizuje je, uważając “Avatara” za arcydzieło, gdy właśnie od doskonałości dzielą go lata świetlne. Z tego powodu przedstawię tę produkcję od tej gorszej strony.

Pora więc na krytykę tego filmu – ale krytykę rzeczową (przynajmniej w zamyśle), a nie taką, jaką co niektórzy praktykują (typu “Ten film jest do niczego i jeśli się wam podoba, to wszyscy jesteście bandą idiotów”). Dlatego proszę miłośników “Avatara”, żeby mimo wszystko powściągnęli emocje i nie zaczajali się potem z kijami przed moim domem. Podejdźcie do tej recenzji na luzie – zdaję sobie sprawę, że jest skrajnie tendencyjna i pełna różnych złośliwości, ale nie traktujcie jej śmiertelnie poważnie. 

Aha. Jeśli dziwnym zrządzeniem losu któryś z przypadkowych czytelników jest akurat Jamesem Cameronem (albo Jamie Lee Curtis) i czuje się urażony, to najmocniej przepraszam. 

Istnieje oczywiście też taka możliwość, że i tak nikt tej recenzji nie przeczyta, bo jest kosmicznie długa. Naprawdę. Naprawdę, naprawdę długa. Zabierze Wam taki pokaźny kawał życia, że po prostu, no... poważnie się zastanówcie, czy chcecie tyle poświęcić.
... 

Ostrzeżenie: Uwaga! Poniższy tekst może zawierać szczegóły dotyczące fabuły filmu (tak, tak, nazywacie to “spojlery”, ale precz ze zangielszczaniem polszczyzny!). Oczywiście, bądźmy szczerzy, prawie każdy widział “Avatara” Jamesa Camerona, ale na wszelki wypadek ostrzegam – nie czytaj tego tekstu, jeśli jakimś cudem należysz do elitarnego grona tych, którzy tego filmu jednak nie widzieli (bo np. nie przekonała Cię akcja promocyjna, albo lubisz iść pod prąd, albo mieszkasz w dżungli amazońskiej i masz utrudniony dostęp do filmów). Chyba, że naprawdę chcesz. No bo, tak po prawdzie, jakichś wielkich zawiłości fabularnych w “Avatarze” nie ma, więc nie bardzo jest co zdradzać – i tak całego przebiegu tej historii domyślicie się sami. 

AVATAR - recenzja

[...] w szczególności można przepowiedzieć z bardzo wysokim prawdopodobieństwem, że utwór prawiący o “humanoidach”, co się od ludzi różnią barwą skóry (przeważnie są niebiescy) oraz ilością palców u rąk (mają ich zamiast pięciu sześć, siedem, cztery albo trzy), zasługuje na bezzwłoczne odłożenie. 

Stanisław Lem „Fantastyka i futurologia”

 

Stach dobrze mówi. Polać mu.

Marek Ł. J. Mazur „Recenzja Avatara” 

... 
James Cameron: Cześć, Marek! 
Marek Ł. J. Mazur: Sie masz, Jim! No co tam? Od lat cię nie widziałem. Od czasu “Titanica” bodajże. Coś ty porabiał? 
Cameron (niedbale): A, nowy film sobie zmajstrowałem. 
Mazur: Coś o podwodnym świecie? Jakiś dokumentalny dla Imaxa? 
Cameron: Nie, nie. Normalny, fabularny film. 
Mazur (nieufnie): E... Nie bujasz? 
Cameron: No gdzie tam! Mówię ci! Jak forsę kocham! Zupełnie nowy film. To owoc wieloletniej pracy. Science-fiction, jak za dawnych, dobrych lat, z tym że narąbane efektami specjalnymi do granic możliwości. 
Mazur (skacze, robi piruety i stepuje z ekscytacji): No coś ty! Nowy film?! I to jeszcze science-fiction?! Ale czadowo! 
Cameron: No ba! Rozumie się. Więc wiesz... Zarezerwuj trochę swoich ciężko zaoszczędzonych pieniędzy na bilet, i jak tylko mój “Avatar” się pojawi, od razu popylaj do kina. 
Mazur: Wiadomo! Nie musisz namawiać! Na bank pójdę zobaczyć, co ci wyszło. O żeż! Nowy film Camerona! Nie mogę się doczekać! 
... 

Zbliżająca się premiera nowego filmu Jamesa Camerona obiecywała każdemu kinomaniakowi bardzo wiele. Również i moje oczekiwania były niebotyczne. Dlaczego? No ludzie! Poważnie pytacie? Przecież to Cameron! Wizjoner, ikona, guru kina! Wystarczy sobie przejrzeć jego filmografię i już ciary przełażą po plerach! 
1. Pirania II: Latający mordercy – Eee... Nie, zaraz! Chwila! Co to tu robi? Skąd to się wzięło? Wcale nie chciałem tu tego... no bo... Może to nie jest akurat najlepszy przykład geniuszu Camerona. To znaczy, nie widziałem nigdy tego filmu. Z góry zakładam, że jest wybitnym artystycznym osiągnięciem, ale... hmm... nie ma jakoś zbyt wielu wielbicieli. No ale początki zawsze są trudne, a James potrzebował trochę czasu, by się rozkręcić. 
2. Terminator – No i co teraz powiecie, cwaniaki? To już jest coś, no nie? Zachwalać chyba nie trzeba. Absolutna klasyka i dzieło kultowe. 
3. Obcy: Decydujące starcie – Film wyśmienity. Szczerze mówiąc, moja ulubiona część cyklu “Alien”. W każdym razie jeden z najlepszych sequeli, jakie powstały, a jednocześnie niezbity dowód na to, że kontynuacja nie zawsze musi oznaczać kichę i niewiele warte popłuczyny po oryginale. 
4. Otchłań – Chyba najbardziej niedoceniony. Sam nie wiem czemu. Toczy się (przez większość czasu) dość leniwie, nieśpiesznie, mało dynamicznie, ale jest w nim coś takiego, że po prostu nie mogę się oderwać i przez bite trzy godziny (piszę o wersji reżyserskiej, nie oglądałem standardowej) wlepiam wzrok w ekran. To chyba zasługa niepowtarzalnego klimatu tego filmu. 
5. Terminator 2: Dzień sądu – kolejny z najlepszych sequeli w historii. Kiedyś uważałem nawet, że jest lepszy od jedynki, ale po namyśle uznaję, że chyba jednak nie, bo więcej tu niedorzeczności, a i ten happy end dość blado wypada przy mrocznym zakończeniu części pierwszej. Ale tak czy inaczej i ta część jest po prostu znakomita. Również absolutny klasyk i obiekt kultu fanów kina. 
6. Titanic – następne wyśmienite dzieło. Uważane wprawdzie powszechnie, moim zdaniem niesłusznie, za dość kiczowatą opowiastkę, przy której płeć piękna może sobie popłakać. Ten pogląd oczywiście bierze się z założenia, że jak film jest o uczuciach, to automatycznie jest dla niewiast, bo prawdziwi faceci wolą oglądać demolkę i pranie się po mordach. W świetle takiej teorii “Titanic” rzeczywiście nie może podobać się męskiej części widzów – no bo niby jest katastrofa statku, ale, zanim wspomniany statek wreszcie zechce łaskawie walnąć w tę górę lodową, wcześniej przez półtorej godziny tylko ta miłość, miłość i miłość. Który wielbiciel kina “dla prawdziwych facetów” przez to przebrnie? Co ma taki chłop z oglądania “Titanica” oprócz samej katastrofy i, ewentualnie (przede wszystkim?), nagiej Kate Winslet? 
Śpieszę z odpowiedzią - “Titanica” zobaczyć jak najbardziej warto, nawet będąc facetem, bowiem to po prostu dobrze się ogląda. Tak, to historia przede wszystkim o miłości, ale opowiedziana ciekawie i naprawdę dobrze – daleko od harlequinowych szmir. A muzyka jest mistrzowska. Nie mówcie, że nie. Mimo więc wielu niepochlebnych opinii na temat owego filmu, będę go stanowczo bronił.
 

Nie wspomniałem tu jeszcze o dwóch filmach, które Cameron stworzył, zanim przyszła kolej na “Avatara”. Pozwoliłem sobie mianowicie pominąć “Xenogenesis” - no bo kto to w ogóle widział? - oraz “Prawdziwe kłamstwa”, ponieważ... Sam nie wiem. Całkiem przyjemna rozrywka, ale nic ponad to, więc wydaje mi się odstawać od innych filmów Camerona. A może to dlatego, że po prostu nie lubię oglądać na ekranie Jamie Lee Curtis. Trudno, mam awersję i nic nie poradzę. A Jamie Lee Curtis odstawiająca striptiz to najlepszy sposób, żeby zmusić mnie do ucieczki z krzykiem sprzed ekranu.


Jak widać z powyższego przeglądu filmów, mimo wątów, jakie mam do “Prawdziwych kłamstw”, i mimo wątów, jakie do “Piranii II” mają ci, co mieli szczęście ją widzieć, znakomita większość filmów Camerona to prawdziwe, uznane dzieła i mało który twórca może pochwalić się tak imponującym dorobkiem. Tym niecierpliwiej więc oczekiwałem na kolejne filmowe propozycje ze strony tego reżysera, tymczasem lata mijały, pory roku zmieniały się jak w kalejdoskopie, ludzie rodzili się i umierali, rządy powstawały i upadały, a Cameron przez cały ten czas rzucał nam tylko jakieś ochłapy w rodzaju podwodnych filmów dokumentalnych, a przecież dla innych celów pan James został stworzony.
 

Głośniej zrobiło się o nim dopiero z powodu wyprodukowanego przezeń “Zaginionego grobowca Jezusa”. Naprawdę to było potrzebne, Cameronie? Tania prowokacja, całkowicie bezzasadny (co podkreślają również naukowcy ateiści) atak na podstawy wiary chrześcijańskiej? Na co to było?


No i wreszcie, gdy od ostatniej fabuły Camerona minęło ze dwanaście lat i wszyscyśmy się już zdążyli porządnie zestarzeć, nadszedł “Avatar”. Po tak długim oczekiwaniu nie sposób było nie ekscytować się nadciągającą premierą, zwłaszcza, że zwiastuny zapowiadały naprawdę niecodzienne widowisko, a ja wciąż niezachwianie wierzyłem w nieprzeciętny talent Camerona. Dlatego wypad na “Avatara” był dla mnie sprawą oczywistą, nie wymagającą żadnych dłuższych rozważań. A oczekiwania, jak to już gdzieś tam wspomniałem, były ogromne. 

... 
Cameron: Siadaj w fotelu i zanurz się w trzecim wymiarze! 
Mazur (niekumato): Eee... Co? Że jak? 
Cameron: No, trzeci wymiar, idioto! Rewolucja 3D! Nie słyszałeś? 
Mazur: Jaka rewolucja? Coś przespałem? Znowu ci bolszewicy? 
Cameron (kręcąc głową z politowaniem): Mój film jest zwiastunem ery 3D, rozumiesz? Objawieniem! Trójwymiarową rewolucją! 
Mazur: Aha. A na czym ona polega? 
Cameron (z kiepsko skrywaną konsternacją): Eee... Cicho! Zaczyna się! 
Mazur (z naciskiem): Ej no, nie zmieniaj tematu. Na czym polega ta rewolucja? 
Cameron: Patrz na ekran i się nie odzywaj! Widzisz, to już logo wytwórni! Zaraz zacznie się najlepsze dwie i pół godziny, jakie kiedykolwiek spędziłeś w kinie. Gwarantuję! 
... 

To miał być największy atut tego filmu i to on przyciągnął zapewne takie rzesze do kin. Rewolucja 3D! Muszę przyznać, i to bez skruchy, że nie oglądałem “Avatara” w trójwymiarze, bo to droższe i nie czułem, bym koniecznie tego do życia potrzebował. (Czytelnicy chórem: Jak nie oglądałeś „Avatara” w trójwymiarze, to w ogóle nie masz prawa się o tym filmie wypowiadać!) Jedyny film w życiu jaki widziałem w 3D to „John Carter” i tylko dlatego, że w wersji dwuwymiarowej nigdzie tego nie puszczali – taki ze mnie nieuleczalny tradycjonalista. Nie mogę zatem ocenić efektu, jaki Cameron w swym “Avatarze” uzyskał, ale mogę spytać, choćby was, czytelników: Na czym polega rewolucja 3D? Z tego, co się orientuję, to cały ten bajer wciąż działa na zasadzie znanej od ponad stu lat. Co rewolucyjnego jest pod tym względem w “Avatarze”? Trójwymiar jest bardziej trójwymiarowy? Okulary bardziej twarzowe? Czujesz na własnej skórze, jak wylatujący z ekranu przedmiot wali cię prosto w pysk? Co niezwykłego, rewolucyjnego (powtarzam ten przymiotnik z uporem maniaka) wniósł do tego systemu “Avatar”? Wymyślcie takie 3D, żeby nie trzeba było tych bryli zakładać – wtedy przyznam, że to rewolucja. 

I tu słowo do tych, co to się rozpisują na forach, że przeciwnicy 3D to banda zacofańców, i że przeciwko kolorowi i dźwiękowi też kiedyś protestowano. Otóż, żeby podziwiać kolory w filmie, nie muszę wkładać żadnych dziadowskich okularów, a żeby usłyszeć dźwięk, nie muszę wciskać sobie do uszu słuchawek. Te elementy filmu są z nim nierozerwalne, natomiast trójwymiar istnieje wyłącznie w połączeniu z dodatkowym gadżetem w postaci bryli. Dlatego porównywanie go do koloru i dźwięku jest rozpaczliwie bezzasadne, tak samo zresztą jak argument, że tak jest bardziej naturalnie i realistycznie – w codziennym życiu nie trzeba niczego nakładać na oczy, by świat jawił nam się jako trójwymiarowy. 

... 
Cameron (przechylając się przez ramię Mazura i podbierając mu popcorn): I jak ci się ogląda? Bajecznie, czyż nie? To porywająca, zaskakująca i oryginalna historia! 
Mazur (z lekkim zdziwieniem): Dobrze wiedzieć. A kiedy ta porywająca, zaskakująca i oryginalna historia wreszcie się zacznie? 
... 

Powiem krótko: jeśli ktoś spodziewał się jakiejś oryginalności czy choćby jednego zaskakującego zwrotu akcji, wybrał zły film. Fabuła “Avatara” powstała w myśl zasady “schemat na schemacie i schematem pogania”. Mamy więc ludzi, którzy nikczemnie eksploatują zasoby minaralne planety, a raczej księżyca Pandory, traktując przy okazji jej tubylczych mieszkańców z buta. Pandorę porasta dżungla, w której to niebiescy, trzymetrowi Na'vi żyją sobie w zgodzie z naturą. Pojawienie się Ziemian burzy ich spokojne życie; niszczy kolorowy, tęczowy i bajeczny ład ich egzystencji. Ludzie mają Na'vi gdzieś i nie zawracaliby sobie nimi głowy, gdyby nie to, że tubylcy mieszkają na terenach, gdzie znajduje się gorąco pożądany przez Ziemian pierwiastek – unobtanium. 
Tu pojawia się sprawa awatarów – to istoty przypominające Na'vi (dla mnie identyczne, ale może mam za słabe okulary - podobno czymś tam się jednak różnią), w które ludzie mogą się wcielać. Po co? Ano, pewnie żeby przeżyć w atmosferze Pandory. 
Nasz bohater to jeżdżący na wózku Jake Sully. Zostaje właśnie “wcielony” w takiego awatara, a potem rusza do dżungli, by infiltrować plemię niebieskoskórych tubylców. Jego przewodniczką po świecie Pandory i kulturze Na'vi zostaje Neytiri – córka wodza (ależ to, w mordę jeża, oryginalne). Oczywiście, jak wszyscy wiedzieliśmy od początku, między naszym Jake'em a księżniczką pojawi się więź, zrodzi się uczucie etc. Wiadomo, że podczas poznawania innej cywilizacji bohater opowieści zawsze musi znaleźć wśród jej przedstawicieli obiekt miłosnych uczuć, i tak samo wiadomo, że to zawsze jakoś musi być księżniczka (“Pocahontas”, “Atlantyda – zaginiony ląd” czy, z przykładów literackich, “Głębina Maracot”). No i te właśnie sprawy sercowe, a wraz z nimi rozwijająca się sympatyzacja z Na'vi skłonią Jake'a do przeciwstawienia się swym “współplemieńcom” z Ziemi i stanięcia w tym starciu po stronie rodowitych mieszkańców Pandory.
 

Tak to mniej więcej wygląda. Jakieś skojarzenia? No oczywiście. 

Po pierwsze, Europejczycy docierają do Ameryki i niszczą świat Indian, budując na jego zgliszczach swój własny porządek.
 

Po drugie... tak, wszyscy już o tym pisali i na pewno czekacie tylko, aż i ja to napiszę. Więc dobra, nie zawiodę was i rzucę to hasło: “Pocahontas”! Mamy tu niszczycielską siłę nowoczesnej cywilizacji (Anglicy/Ziemianie) w starciu z umiłowaniem natury i symbiozą ze światem przyrody (Indianie/Na'vi). Jest tu miłość przedstawiciela najeźdźców (Smith/Sully) i przedstawicielki tubylców (Pocahontas/Neytiri), która jest, rzecz jasna, córką ich wodza (Powhatana/Eytucana). Miłość ponad podziałami, zetknięcie dwóch zupełnie odmiennych światów itp. Podobieństwa są oczywiste i bezdyskusyjne. Co więcej, w przeciwieństwie do wielu, sądzę, że Cameron zdawał sobie z tego sprawę i jego film od początku był z założenia nową wersją opowieści o Pocahontas. Za dużo tu tych podobieństw, by miały być dziełem przypadku. No ludzie, przecież John Smith i Jake Sully mają nawet te same inicjały! 

Trzecie skojarzenie, jakie nieuchronnie wywołuje linia fabularna “Avatara”, to stary jak świat schemat opowieści, w których właśnie przedstawiciel najeźdźców, przebywając wśród “tych innych”, poznaje od środka ich kulturę, zaczyna dostrzegać jej wartość i ostatecznie staje po ich stronie, niejako zdradzając środowisko, z którego był wyszedł. Coś jak “Tańczący z wilkami” albo “Ostatni samuraj”, tylko że nie tak udane (gdyż np. “Ostatniego samuraja” uwielbiam i mógłbym go oglądać sto razy, natomiast “Avatar” ma daleko mniejszą siłę oddziaływania). Schemat ten jest u Camerona przeniesiony z całym dobrodziejstwem inwentarza i właściwie niczym nie urozmaicony, a oswajanie się i zżywanie naszego bohatera ze światem Na'vi wypada dość nieciekawie i blado w porównaniu z innymi historiami tego typu (z “Ostatnim samurajem” na czele, rzecz jasna). Widzieliśmy już takich wiele i oglądanie po raz kolejny jak jeden z najeźdźców musi stanąć po stronie uciskanych tubylców, bo bez niego biedacy nie dadzą sobie w ogóle rady, nieco nuży. Irytuje też to, że taki zżywający się z obcą dla siebie kulturą bohater wkrótce staje się najlepszym owej kultury przedstawicielem, deklasującym tych, którzy się w niej urodzili i wychowali – to też typowy schemat (również kapitan Algren z “Ostatniego...” po pewnym czasie był już bardziej japoński i samurajski niż otaczający go japońscy samuraje – choć tam nie raziło mnie to aż tak bardzo, bo przysłaniały mi ten mankament liczne atuty tego filmu). Oryginalności tu zatem za grosz. 


Ktoś może rzec, że jednak Cameron zachował się twórczo, bo ów doskonale znany i ograny schemat przeniósł w klimaty science-fiction. Tylko że, niestety, science-fiction też już od dawna z niego korzystała i zdążyła go porządnie wyeksploatować. Stanisław Lem, bez wątpienia najwybitniejszy polski autor tego gatunku (Stachu, masz ode mnie wiekuisty szacun za “Cyberiadę”) ponad czterdzieści lat temu (!) opisywał ten model fabularny w swojej “Fantastyce i futurologii”, a pisał co następuje: “Istnieje klasa utworów, których sytuacja pierwsza jest taka: na pewnej planecie mieszkają istoty rozumne, co nie chcą mieć z ludźmi nic wspólnego. Jakąś poprzednią ekspedycję odprawiły z niczym albo nawet jej członków pozabijały – czy jeszcze inaczej manifestują swoją niechęć wejścia w porozumienie z ludźmi. Zarazem ludziom na nim nadzwyczaj zależy, a to ponieważ na tej planecie rośnie pewien grzybek, którego wywar odmładza, albo są tam minerały mające dar leczenia nowotworów – bądź wreszcie bezcenna substancja, której własności autor nawet nam nie wyjaśni. Jest to zresztą dość racjonalne, ponieważ ani walor, ani jakość tej pożądanej rzeczy nie mają dla akcji najmniejszego znaczenia. [...] Może tym, kto umie się dogadać z tubylcami, jest humanista [...], współczujący im i przez to zmuszony walczyć na dwa fronty: trudności ma zrazu nie tylko z krajowcami, ale często ze swą “generalską” zwierzchnością. Czasem osobnik ten nawet przegrywa walkę Ziemian o skarby, ale to dlatego, że przechodzi na stronę tuziemców: uznaje ich racje za dobre, a ludzkie – za złe. Czasem okazuje się wręcz aktywnym zdrajcą ziemskich konkwistadorów, bo staje na czele tubylczych wojsk [...], by odeprzeć mogły najeźdźców. 
Zatem raz jeszcze to zaznaczę - “Avatar” opiera się na starym jak świat schemacie, ale nie to jest jego największym grzechem. Ten tkwi bowiem w tym, że dzieło Camerona w żadnym momencie nie stara się ani o jotę poza ten schemat wyjść, choćby o mały kroczek albo nawet o pół. To dlatego widz zna cały ten film, zanim go obejrzy i nie ma szans, by cokolwiek go tu zaskoczyło czy zdziwiło. Nie ma żadnych zaskakujących zwrotów w fabule. Żadnych, powtarzam. 
Dałoby się może przymknąć na to oko, ale postacie też są schematyczne i nijakie. Motyw owego przekonywania się jednego z najeźdźców do świata i kultury tubylców nigdy wcześniej nie został ukazany tak bezbarwnie. Czemu tak sądzę? Ponieważ trudno tu nawet mówić o jakiejś przemianie. Jake Sully nie jest ani specjalnie uprzedzony do Na'vi, ani za bardzo zżyty z Ziemianami, tak więc sytuacja, w jakiej się znalazł, nie powoduje u niego wewnętrznego konfliktu, który mógłby jakoś ożywić film Camerona. Sully nie czuje się rozdarty. Nie musi wybierać między Ziemianami a Na'vi, bo nic nie przemawia na korzyść tych pierwszych - to po stronie tych ostatnich znajdują się wszystkie plusy. Od początku jest więc oczywiste, po czyjej stronie stanie nasz bohater i nie wiąże się to z żadną wewnętrzną walką – jest po prostu jedynym oczywistym rozwiązaniem w sytuacji, gdy ludzie są be, a Na'vi cacy. 
Zatem schematyczna fabuła i nijakie postacie, pozbawione życia wewnętrznego. Niedobrze. Czułem się chwilami tak, jakbym oglądał nie gotowe dzieło, a jedynie szablon, jakąś wstępną wersję, którą dopiero trzeba rozwinąć i wzbogacić, by powstał przyzwoity film. 

Zaraz!”, wykrzyknie być może w tym momencie któryś z miłośników “Avatara”. “Co ty tu, Mazurze jakiś, wypisujesz za bzdury, że schematycznie, zero oryginalności, itp?! A sama sprawa awatarów? Film zowie się “Avatar” i mówi o awatarach, które są pomysłem oryginalnym i wzbogacają ten schemat. Więc przestań bredzić jak potłuczony i przyznaj, że ten motyw jest czymś nowym i świeżym!” 
No więc, nie. Zgoda, że to motyw ciekawy, ale wygląda na to, że jednak żadna nowość. Przede wszystkim wypada w tym miejscu wspomnieć o utworze Poula Andersona "Nazywam się Joe" z 1957 roku. No nie, nie czytałem, przyznaję. Ba, nawet w ręku tego nie miałem. Jednak ze streszczenia, które zamieszcza Lem w cytowanej już wyżej monumentalnej pracy na temat science fiction, wyłania się obraz, nieuchronnie przywodzący na myśl motyw awatarów. Pozwolę sobie przytoczyć kawałek owego streszczenia (na ile dobrze oddaje ono treść utworu, tego nie mogę oceniać, ale nie mam powodu, by nie ufać w tym względzie Lemowi): "Nad Jowiszem, na który nie może, dla potęgi grawitacji, zstąpić noga ludzka, znajduje się orbitalna stacja Ziemian; z pokładu tej stacji samotny człowiek kontroluje sztuczną istotę, skonstruowaną podług wytycznych inżynierii biologicznej - umyślnie dla badania powierzchni planety. Łączność pomiędzy ową istotą (o budowie i przemianie biochemicznej całkowicie odmiennej od fizjologii ziemskiej) a człowiekiem umożliwia strumień "psi"; wzmacnia go aparatura "psioniczna". Człowiek kaleka, stale przebywający na stacji, zdalnie włada ruchami i doznawaniem Joego. Przez jego oczy widzi pejzaże Jowiszowe, jego zmysłami bezpośrednio kontaktuje się z niezwykłym światem masywnej planety." Jak widać, Jake Sully nie jest pierwszym w historii SF inwalidą, którego umysł zostaje wcielony w kosmiczną istotę. Jakaż szkoda. Najbardziej, zdałoby się, oryginalny pomysł Camerona okazał się równie wtórny jak pozostałe. 


No dobrze, ale czemu nie eksploatować ciekawego pomysłu, nawet jeśli nie pierwszej świeżości? Wszak ten sam motyw można przedstawić na wiele odmiennych sposobów. Ano, zgadza się. Tyle że ów intrygujący wątek awatarów w filmie Camerona całkowicie zaprzepaszczono. Na dobrą sprawę mogłoby tu ich w ogóle nie być, bo niczego do fabuły nie wnoszą. Pozwalają ludziom przeżyć bez maski w atmosferze Pandory, ale jakie znaczenie mają dla tej historii? Żadne! No, oprócz tego, że dzięki nim bohater może wyglądać jak Na'vi i romansować z ichnią księżniczką (gdyby pozostał w swojej ludzkiej postaci, mógłby mieć z tym poważne problemy ze względu na różnice międzygatunkowe). Nie tak wyobrażałem sobie wykorzystanie ciekawego wątku awatarów w tym filmie – jest on tu zwyczajnie zbędny, a wielka szkoda, bo dało się wykrzesać z niego więcej i mocniej powiązać z fabułą.
 

Tak, wiem, mądrzę się i czepiam, a nie napiszę niczego konstruktywnego. Łatwo krytykować cudzą pracę, trudniej wymyślić coś samemu. Zapewne. 
No to wiecie co? Napiszę wam w takim razie, jak wyobrażam sobie sensowne wykorzystanie wątku awatarów, dobra? Spójrzcie zatem, jak wyglądałby “Avatar by Marek Ł. J. Mazur” (ech, a dopiero co pisałem o zangielszczaniu języka – ale się wyłożyłem). 
Otóż w wersji tego filmu, którą na miejscu Camerona stworzyłby Mazur (tylko skąd wziąłby tyle forsy?), ludzie tworzą te awatary, ale nie po to, żeby przeżyć w atmosferze Pandory, bo to da się spokojnie załatwić za pomocą odpowiedniego sprzętu. Robią to, żeby podszywać się pod Na'vi i móc infiltrować tubylców od środka. Szkolą komandosów w kulturze i języku Na'vi, a potem posyłają ich do różnych osad, dzięki czemu mają na bieżąco informacje z całej dżungli. Jake jest jednym z takich komandosów. Przenika więc do plemienia autochtonów, udając jednego z mieszkańców Pandory (np. członka innego plemienia, który zabłądził w dżungli albo został posłany z jakąś dyplomatyczną misją). 
Myślę, że taka wersja byłaby ciekawsza, bo motyw awatara miałby tu kluczowe znaczenie. W filmie Camerona wszyscy wiedzą, że Jake, mimo wyglądu wielkiego niebieskiego stwora, tak naprawdę jest Ziemianinem, więc cała ta maskarada nic nie wnosi do historii. Gdyby awatar był rodzajem kamuflażu służącego chytremu przeniknięciu do plemienia, byłoby dramatyczniej. 
Jake byłby początkowo jak najbardziej oddany swojemu zwierzchnictwu i sumiennie wypełniałby swą misję. Jednak infiltrując Na'vi, musiałby, chcąc nie chcąc, przebywać wśród nich. Poznałby ich z innej strony niż ta, z której znają ich Ziemianie. Zrozumiałby lepiej ich kulturę i docenił uznawane w niej wartości. Zawarłby przyjaźnie. To wszystko zaczęłoby wzbudzać w nim wątpliwości co do wypełnianej misji i tego, która strona konfliktu Ziemianie-Na'vi ma więcej słuszności. Musiałby dokonać dramatycznego wyboru, mając świadomość, że niezależnie od decyzji będzie zdrajcą (albo dla Na'vi, którzy uważają go za “swojego”, albo dla Ziemian, którzy mu zaufali, powierzając tę misję). Ostatecznie opowiedziałby się pewnie po stronie tubylców, jak u Camerona, ale ta decyzja byłaby poprzedzona ciężkimi zmaganiami wewnętrznymi. Byłaby to historia, w której początkowa niechęć, może nawet pogarda dla Na'vi, stopniowo ustępuje i przeradza się w zrozumienie i sympatię. Opowieść, w której wiele czasu wymagałoby przezwyciężenie uprzedzeń i barier, nim Jake postanowi wesprzeć Na'vi w walce z ludźmi... A gdy już podejmie tę decyzję, reżyser Mazur mógłby zaserwować widzom jakiś zwrot akcji – np. Neytiri i inni dowiedzieliby się, że Jake jest człowiekiem i przez cały czas ich okłamywał. Dobra, wiem, wszyscy nienawidzą tego ogranego motywu, tak wyeksploatowanego chociażby w animacjach Disneya. No to coś innego - okazałoby się, że przejście bohatera na stronę Na'vi nie pozostanie niezauważone przez ludzi, bo część plemienia, które nasz Jake miał infiltrować, to tak naprawdę wcale nie Na'vi, lecz Ziemianie, maskujący się dzięki swym awatarom tak samo jak Sully. Albo można by już w ogóle pójść na całość i zaserwować wersję ekstremalną – całe plemię to zamaskowani Ziemianie, a rzekoma misja Jake'a okazałaby się po prostu sprawdzianem lojalności. 

Dobra, nie muszę chyba ciągnąć tego dalej. Może się wam ta wersja nie podobać, ale to tylko przykład. Zresztą wymyśliłem to w jakieś trzy minuty, a Cameron pracował nad swoją fabułą dziesięć lat. Było wiele innych możliwości, by tę historię rozwinąć, wzbogacić, skomplikować. W tej opisanej powyżej, nawet jeśli nie powala ona na kolana, byłoby, jak sądzę, w każdym razie ciekawiej i dramatyczniej niż u Camerona i, co najważniejsze, awatary miałyby kluczowe znaczenie dla fabuły. W filmie, który zaserwował nam James, są na dobrą sprawę tylko gadżetem. A to zawsze boli, gdy twórca nie ma koncepcji, w jaki sposób wykorzystać ciekawy (nawet jeśli nie swój) pomysł. 

... 

Cameron (spoglądając w ekran kinowy i ocierając łzę): To moja ulubiona scena! Świetnie mi wyszła. Chwyta za serce, no nie? Zawsze się przy tym wzruszam. 
Mazur: Naprawdę? 
Cameron: No ba! Sam musisz przyznać, że nie widziałeś w życiu bardziej poruszającej historii miłosnej. 
Mazur (z wahaniem): No... Tak właściwie... 
Cameron: Albo wiesz co? Lepiej się w ogóle nie odzywaj. Jeśli nie jesteś dogłębnie poruszony miłością Jake'a i Neytiri, to niechybny znak, że jesteś po prostu nieczułym prostakiem bez serca! 
... 

Myślicie sobie, że nieważne, czy fabuła jest schematyczna, byle była poruszająca? 
Dobrze, to pora zająć się szerzej tym elementem fabuły, któremu poświęcono lwią część czasu ekranowego – wątkiem miłosnym, warstwą uczuciowo-emocjonalną itp. 

W jednej z recenzji filmu Camerona (dokładnych namiarów nie jestem w stanie podać, bo ze zbyt wieloma recenzjami miałem styczność) przeczytałem opinię, iż nawet, jeśli ktoś na wątki miłosne reaguje alergicznie, to ten z “Avatara” przełknie bez problemu. Cóż, myślę, że jest niestety odwrotnie. Ja osobiście nic do wątków miłosnych nie mam. Uczucia są tak istotne w życiu, że warto robić o nich porządne filmy. Uważam więc, że dobry wątek miłosny nie jest zły. No właśnie, dobry. Z tym przedstawionym w filmie Camerona mam pewne problemy. 

Po pierwsze, mamy tu do czynienia z miłością międzygatunkową i to do mnie po prostu nie trafia. JAK normalny człowiek może zakochać się w istocie innego gatunku – trzymetrowym, niebieskim stworze z ogonem? To chyba jakaś dewiacja. Owszem, mieliśmy np. we “Władcy Pierścieni” związki elfio-ludzkie, ale elfy u Tolkiena to właściwie jakby dostojniejsza i szlachetniejsza wersja ludzi – nie ma między nimi aż takich różnic jak między dwoma odrębnymi gatunkami istot żywych z dwóch oddalonych o wiele lat świetlnych planet. 
Hm, chociaż czytając chociażby niektóre komentarze na Filmwebie, można by dojść do wniosku, że wielu miłośników kina nie tylko nie dziwi uczucie Jake'a, ale wręcz sami byliby skłonni je podzielać. Ludzie, czy wy to wszystko piszecie na poważnie? Naprawdę pociąga was wykreowany komputerowo niebieski i ogoniasty stwór z innej planety?! (Kręcę głową z niedowierzaniem.) Przyznam, że na mnie wrażenia nie robi, zwłaszcza, że występuje w tym filmie obok Michelle Rodriguez z krwi i kości, która całkowicie deklasuje ten komputerowy twór. 

Zatem sama natura tego związku jest jakaś taka z leksza chora, ale głównym problemem jest bezbarwność tego wątku. Po “Titanicu” wydawałoby się, że Cameron powinien mieć bezproblemowe i sprawne prowadzenie wątku miłosnego w małym palcu. “Titanica” jednak ogląda się dobrze i ciekawie, natomiast love story w “Avatarze” jest nużąca. Nie bardzo wiadomo, co właściwie przyciąga ku sobie naszą dwójkę bohaterów, oczywiście oprócz tego, że spędzają wspólnie czas. Twórcy filmowi już wielokrotnie udowadniali, że wychodzą z założenia, iż dwie dowolne osoby przeciwnej płci, które spędzają ze sobą dużo czasu, nieuchronnie i bezdyskusyjnie muszą się w sobie zakochać i w ogóle nie ma innej opcji – a przecież w życiu wcale to tak nie działa. Zaś wątek miłosny jest, przynajmniej w moim odczuciu, tym mniej udany, im bardziej nierzeczywisty i nienaturalny. Między Jake'em i Neytiri nic nie iskrzy – oni po prostu się kochają, bo tak mają w scenariuszu, jak w każdym hollywoodzkim hicie. Czasem można odnieść wrażenie, że twórcy tych hitów kręcą swoje filmy z rozpiską w ręku, na której po kolei odhaczają kolejne obowiązkowe punkty (“akcja”, “efekciarstwo”, “humor”, “wątek miłosny”), skupiając się tylko na tym, by je umieścić w swoim filmie, a nie na tym, by zrobić to w jakiś porządny i sensowny sposób. Wciśnięty do filmu wątek miłosny, który nie wynika z potrzeby twórczej, a tylko z zasady, że powinien być, raczej nie ma szans na wywołanie w widzu jakichś emocji. 

Z powyższych powodów obserwowanie relacji Jake'a i Neytiri nie jest specjalnie porywające, a te partie filmu, w których księżniczka Na'vi wprowadza stopniowo naszego bohatera w świat Pandory, byłyby wręcz nudne, gdyby nie zawarta w nich prezentacja kolejnych stworów zamieszkujących dżunglę. 

... 
Cameron: No za każdym razem, jak oglądam swoje dzieło, jestem przejęty jego głębią. 
Mazur (budząc się z krótkiej drzemki): Eee? Że co? 
Cameron: Przesłanie, Marek. Przesłanie. Chyba nie chcesz powiedzieć, że taki z ciebie tuman, że nawet nie dostrzegasz głębokiego przesłania tego filmu? 
... 

Niezwykle subtelne (tak, nabijam się – wybaczcie) przesłanie “Avatara” brzmi: “przyroda – dobrze, cywilizacja – źle”. Nie musimy się w tym filmie nawet doszukiwać tego morału, bo Cameron nie tyle podaje go na tacy, co wręcz kładzie łopatą do łba. Jak wspomniałem, podział świata jest w tym filmie czarno-biały. Jake nie ma żadnych wewnętrznych rozterek, po czyjej stronie stanąć. Nie czuje się rozdarty między dwoma światami, bo za pozostaniem człowiekiem nie przemawiają ŻADNE argumenty - to po stronie Na'vi są wszystkie plusy. 
Zanim się mnie ktoś uczepi - ja nie próbuję tu dociekać, czy przesłanie "Avatara" jest słuszne. W ogóle nie wypowiadam się na ten temat. Chodzi mi tylko o sposób jego podania - na chama, prosto z mostu, bez żadnych niedopowiedzeń, żeby nawet ośmiolatek skumał od razu. Jeśli film chce coś powiedzieć, powinien robić to subtelniej, z wyczuciem i klasą. Wtedy jest dziełem. To, co wyszło Cameronowi jest trochę za proste. No dobrze, nie trochę. O WIELE za proste. Na miejscu reżysera wprowadziłbym nieco niejednoznaczności, zostawił trochę szarości obok czerni i bieli (ale o tym już pisałem, przedstawiając swoją własną wersję filmu). No bo niestety w takiej formie w jakiej powstał, "Avatar" przypomina trochę propagandę socjalistyczną, w której ludzie budujący socjalizm są piękni, silni i dobrzy, a ich przeciwnicy to "zaplute karły". Toż to wciskanie widzowi na siłę idei, która sama w sobie może być słuszna lub nie, ale w każdym razie sprawia, że film zamiast być artystycznym dziełem, przypomina niestety ekologiczną agitkę.
 
Pewnie, ekologia i troska o dobro środowiska są ważne, ale prostacki sposób podania tego truizmu w “Avatarze” woła o pomstę do nieba. “Spójrzcie jaki bajeczny jest świat Na'vi, a jaki szary i brzydki świat ludzi!” I potem widzowie po wyjściu z kina, musząc wrócić do rzeczywistości, wpadają w depresję (podobno to dotknęło dość wielu). Świetnie was rozumiem, ludziska! Też nie podoba mi się współczesna cywilizacja. Mieszkać sobie w szałasie w dżungli? Właściwie to czemu nie? Ale w prawdziwej, nie tej z “Avatara”. “Avatar” bowiem ukazuje nam świat pokojowej koegzystencji z naturą w sposób okropnie nachalny i toporny. Miałem chwilami wrażenie, że oglądam nie film, a widokówkę – ładną i kolorową, ale płaską... 

... 
Cameron: Jeśli już niczego nie umiesz docenić w tej historii i płynących z niej morałach, to spójrz chociaż na świat Pandory i zobacz, jak go szczegółowo i ciekawie wymyśliłem! Ha! Zaniemówiłeś, co? Widzisz, ile tu zupełnie nowych gatunków istot? Możesz sobie gadać zdrów, że fabuła nie jest oryginalna, ale nie możesz tego powiedzieć o wykreowanym w “Avatarze” świecie. 
Mazur (niechętnie): No więc, niestety mogę. 
... 

To prawda, że podziwianie Pandory jest największą płynącą z tego filmu przyjemnością. Oglądamy piękne krajobrazy i coraz to nowe stworzenia zamieszkujące ten świat. Tylko że... w tym świecie też nie ma za wiele oryginalności. To po prostu dżungla, dżungla, dżungla, trochę lewitujących skał (co to, „Łowcy smoków”?!) i znowu dżungla. Spójrzmy prawdzie w oczy - nie trzeba być zbyt twórczym, żeby wymyślić dżunglę, nawet taką. 

A zamieszkująca ją fauna? To ona przecież ma świadczyć o kreatywności Camerona i pozostałych twórców tego filmu, czyż nie? Otóż... jest ciekawa, ale nie jest oryginalna. 
Podstawowym problemem z występującymi w “Avatarze” zwierzakami jest ten, że w ogóle nie wyglądają na formy życia, które pojawiły się w świecie odległym wiele lat świetlnych od Ziemi. Czemu? Bo po prostu nie są to stworzenia wymyślone od podstaw, a jedynie mniej lub bardziej udziwnione wariacje na temat zwierząt ziemskich. Coś jak pokemony. Rozumiem, że dla wielbicieli “Avatara” takie porównanie może być oburzające, ale chodzi mi o samą zasadę twórczą – bierzemy jakieś zwierzę (albo kilka), trochę przekształcamy i już mamy “zupełnie nową” istotę. Pandorę zatem zamieszkują takie “zdumiewające” kreatury jak: wariacja na temat psa (czy też wilka), wariacja na temat lemura, wariacja na temat antylopy, wariacja na temat nosorożca, wariacja na temat konia i inne równie pomysłowe. Stworzenia z owego świata to nic więcej, jak tylko odpowiedniki tych naszych. Nie stwarza to wrażenia życia, które rozwinęło się w oderwaniu od ziemskiego. 

No a Na'vi? Czy oni ratują sytuację? A gdzie tam. Oni są gwoździem do trumny i niweczą ostatecznie szansę na jakikolwiek realizm. Powód? Są prawie zupełnie ludzcy. Niemal w ogóle nie postarano się zrobić z nich mieszkańców innej planety (no dobra, księżyca). Tak, tak, ja wiem, są trzymetrowi i niebiescy, mają po cztery palce u rąk, a ponadto ogony, ale te wszystkie cechy są powierzchowne – nie na tym powinno polegać tworzenie przedstawicieli obcych kosmicznych cywilizacji (o czym traktuje cytat z Lema, który wrzuciłem jako motto tej recenzji – tak, zgadza się, pan Stanisław wspomniał o niebieskim kolorze skóry i liczbie palców u rąk – już czterdzieści lat temu napisał, jak widać, poradę dla Camerona, jak nie powinien przedstawić swoich Na'vi). 
Co się czepiasz i o co ci właściwie chodzi? Czemu kosmici nie mogą przypominać ludzi?”, moglibyście spytać. Sprawa przedstawia się następująco – ludzcy Na'vi są nierealni, jeśli zestawić ich z resztą przedstawicieli świata, w którym żyją. My, ludzie, mamy wiele cech wspólnych z zamieszkującymi naszą planetę zwierzętami. Na Pandorze to nie działa - Na'vi mają dużo więcej wspólnego z Ziemianami niż ze zwierzętami pandorskimi (pandorańskimi?). Dlatego stworzony przez Camerona świat jawi mi się jako niespójny i nieprawdopodobny naukowo. Niebiescy tubylcy wydają się jakby wyrwani z kontekstu, w którym ich umieszczono, jakby (wbrew temu, co Cameron akcentuje tak nachalnie i nieustępliwie) nie byli wcale częścią tego samego ekosystemu, co inne zamieszkujące ich dżunglę istoty. 
Zwierzęta z Pandory miewają na przykład powszechnie więcej par oczu niż tylko jedna (zwykle jedną parę dużych i jedną mniejszych), ale Na'vi mają tylko jedną – jak ludzie, choć nie mogą być przecież z nimi spokrewnieni. Zwierzęta z Pandory (czy to np. latające ikrany czy też koniowate wierzchowce, których nazwy nie pomnę) mają jakieś dziwne, zewnętrzne narządy oddechowe (nie skrzela i pewnie też nie płucotchawki – zresztą nie jestem biologiem). Na'vi nie. I wreszcie, WSZYSTKIE zwierzęta z Pandory mają więcej kończyn niż cztery. Te latające mają po dwie pary skrzydeł, te naziemne mają po sześć nóg. I tylko Na'vi oczywiście z tej cechy świata Pandory się wyłamują – oni jedyni mają zaledwie cztery kończyny, jak ludzie. 
Czemu nasi niebiescy trzymetrowcy tak bardzo odbiegają od innych pandorskich istot, a zamiast tego przypominają ziemskie? Czy i oni, tak jak ludzie, są na Pandorze przybyszami, a nie prawdziwymi tubylcami? Czy przylecieli na Pandorę z Ziemi miliony lat temu? Niekoniecznie. Istnieje inne wyjaśnienie tej zagadki, i to dosyć oczywiste, ale nie ma ono nic wspólnego z naukowym realizmem, na którym podobno Cameronowi tak zależało. Otóż Na'vi przypominają ludzi, a nie “prawdziwych Pandorczyków” (czyli resztę przedstawicieli tego ekosystemu), żebyśmy mogli z nimi sympatyzować i żeby Jake Sully mógł sobie spokojnie romansować z księżniczką, która nie będzie go przerażać dodatkową parą oczu czy rąk. Myślę, że chodziło wyłącznie o to. Jeśli romans międzygatunkowy nie ma razić widza, to oba gatunki muszą być do siebie jak najbardziej zbliżone. 

Nie tylko więc anatomia naszych Na'vi jest zadziwiająco (jak na gatunek żyjący tak daleko od Ziemi) ludzka, ale też ich kultura. Co tu dużo mówić, Na'vi to Indianie. Nie ma tu nawet za bardzo prób ukrycia tego faktu, ze szkodą dla filmu. Wiadomo, że to do Indian niebiescy autochtoni mają nawiązywać, ale mogliby być ich symbolem, a nie dosłowną ilustracją. Niestety Cameron postawił właśnie na dosłowność, dzięki czemu Na'vi mają typowo indiańskie atrybuty (łuki, hamaki), fryzury, a i ubrania żywcem pożyczone od mieszkańców amazońskiej dżungli. Z tą jedną różnicą, że pandorskie niewiasty, w przeciwieństwie do swych amazońskich pierwowzorów, zakrywają piersi – naukowe wytłumaczenie tej, zdałoby się, zagadkowej różnicy, jest takie, że robią to one po to, by film Camerona nie dostał wyższej kategorii wiekowej i by śmiało mogły walić na niego do kin całe rodziny. Mężczyźni Na'vi naturalnie nie muszą się lękać – oni bez obaw mogą eksponować klatę, ponieważ męska klata jakoś nie gorszy udających się do kina Ziemian, za to damska, choćby nawet była równie płaska (no co, zdarza się), jest, nie wiedzieć czemu, niedopuszczalna i w najwyższym stopniu gorsząca. Oczywiście nie ma w tym podejściu za wiele sensu i w dodatku zawsze zalatywało mi ono trochę islamem w wydaniu ortodoksów (męska twarz – okej, damska – zasłonić!). Ludy pierwotne mają widocznie świadomość, że odmienne traktowanie rozebranych do pasa mężczyzn i niewiast to czysty bezsens, dlatego u nich w tym względzie panuje rozsądna równość. Ale Na’vi to, rzecz jasna, nie dotyczy, oni bowiem są ludem pierwotnym dostosowanym do zachodniego widza.

Stąd też bierze się przecież ta ich pokojowa koegzystencja z otaczającą przyrodą. Nie powiecie mi chyba, że to prawdziwy obraz ludów pierwotnych (muszę komuś przypominać, że Maorysi doszczętnie wybili ptaki moa?)! „Avatar” rozgrywa po prostu na nowo mit „szlachetnego dzikusa”, święcący tryumfy od czasów Rousseau.

 

 
Na'vi zatem są, jak widać, po prostu lekko zmodyfikowaną (by było bardziej kosmicznie i nieziemsko) i przykrojoną pod zachodnie gusta wersją ziemskich plemion pierwotnych, głównie Indian. Również ich język został ponoć oparty o mowę tych plemion, tzn. o języki polinezyjskie, afrykańskie i indiańskie. Bardzo słuszne posunięcie, James. To dodaje realizmu jak nic. Na pewno starożytni Polinezyjczycy, Afrykanie czy Indianie nieraz dzięki swojej wypasionej kosmicznej technologii odwiedzali Pandorę i dzięki tym kontaktom Na'vi mogli czerpać do woli z ziemskich języków. A może to Pandorczycy, dzięki swej równie wypasionej technologii odwiedzali Ziemię i tak im się spodobały co poniektóre ludzkie języki, że sobie co nieco pożyczyli?
 

Wychodzi na to, że Cameron zatrudnił sztab naukowców, by ostatecznie stworzyć coś, co będzie mniej realne naukowo, a za to przyjemniejsze i lepiej przyswajalne dla widza. Przez to uczynił świat "Avatara" niespójnym - włożono w jego stworzenie sporo wysiłku, ale mało konsekwencji. Dlatego do mnie ta wizja świata nie przemawia. Rozrywka widza kosztem logiki - czasem to całkiem nieźle wychodzi, ale nie w filmie, który dąży do pewnego realizmu (ten cały sztab ekspertów, artykuły i książki naukowe o Pandorze itp.). 

Ostatecznie niestety Na'vi są zupełnie nierealistyczni naukowo i nie na wiele kreatywności zdobyli się ich twórcy. Jedyną ich naprawdę oryginalną cechą są warkocze, dzięki którym mogą się oni łączyć z innymi pandorskimi stworzeniami. Trochę to może zbyt dosłowne przedstawienie jedności z naturą (a może i nie), ale z pewnością ciekawe i oryginalne. Szkoda, że Cameron nie miał więcej takich pomysłów. 

A teraz ostatnia rzecz, jaką mam do powiedzenia na temat Na'vi. Drodzy czytelnicy, odpalcie sobie serial "Wojny Klonów", ten z 2003 roku (a więc powstały całe lata przed "Avatarem") i rzućcie okiem na tubylców, których spotykają Anakin i Obi Wan. Tych niebieskich. Tubylcy ci (Nelvaanianie) mają może pyski bardziej psie, a Na'vi bardziej kocie, ale podobieństw jest zdecydowanie więcej niż różnic - chociażby uszy i nosy. No więc wystarczy zwrócić uwagę, że Nelvaanianie z "Wojen Klonów" to niebiescy tubylcy o zwierzęcych twarzach i długich czarnych włosach uczesanych w warkocz, a ich kultura jest w jawny sposób czysto indiańska. Co za... hmm... dziwny zbieg okoliczności, prawda? Niebiescy, zwierzokształtni Indianie? Tak więc w kwestii poruszanego powyżej braku oryginalności "Avatara"... Czy Cameron ma teraz do powiedzenia coś na swoją obronę? 

... 
Cameron: O żeż! To już koniec! Niech to! Czemu wszystko, co dobre, musi tak szybko się kończyć? Jeszcze tylko możemy sobie “I see you” na napisach posłuchać i już musimy zasuwać do domu. 
... 

Zbliżam się do końca niniejszej recenzji (wreszcie!). Wypada jeszcze tylko wspomnieć o muzyce, a dokładniej o tym, jak ją pan James Horner potraktował po macoszemu. Wziął i pozbierał ze swoich wcześniejszych ścieżek dźwiękowych co tam gdzie miał ciekawego, po czym lekko to pozmieniał i posklejał. Trudno wychwycić w melodiach z “Avatara” cokolwiek świeżego, czego Horner nie zaserwowałby nam w którymś z wcześniejszych filmów. Żadna z tych melodii zresztą nie rzuca się w uszy i nie zostaje po seansie w pamięci. Wielka szkoda, że na kilka lat przed swoją tragiczną śmiercią aż tak się wypalił człowiek, który stworzył tak genialne kompozycje dla “Titanica”, “Braveheart” czy „Gniewu oceanu” i który był przez wiele lat moim ulubionym kompozytorem muzyki filmowej.

... 
Cameron: I jak wrażenia po seansie? Arcydzieło, nie? 
Mazur: No... Jakby to ująć... Złe nie było, tylko że... Nie, do arcydzieła to temu daleko. 
Cameron (obruszony): Ignorant! Nie potrafisz po prostu docenić prawdziwie artystycznej roboty. Inni jakoś doceniają! Spójrz! Walą na “Avatara” drzwiami i oknami! Każdy musi zobaczyć to przynajmniej pięć razy! 
Mazur (patrzy na niego z nierozumnym zdumieniem w oczach, niczym kot Filemon): Dlaczego? 
Cameron (obracając w dłoniach pokaźny plik banknotów): No, dla własnej przyjemności, oczywiście. By móc jak najwięcej wartościowych wrażeń wynieść z każdego następnego seansu. 
Mazur: Ty chyba... naprawdę jesteś z tego “Avatara” zadowolony, co? 
Cameron: Myśl logicznie. Każdy byłby zadowolony, gdyby udało mu się stworzyć epokowe dzieło, otwierające nowy rozdział w historii kina, kultury i w ogóle całej cywilizacji. I kto tego dokonał? No? Ja! Jam ci tego dokonał! Kto jest mistrzem? No kto? (zaczyna taniec radości, nie bacząc na zdziwienie przypadkowych przechodniów) Jeeeesteeeem króóóóleeeem świaaaataaaa!!! 
... 

Obojętnie, jak bardzo bym tu “Avatara” skrytykował, niczego to już nie zmieni. Został najbardziej kasowym filmem wszechczasów, spychając z tej pozycji “Titanica”, który piastował ją przez tyle lat. Jak dla mnie, trochę szkoda. Nie dlatego, żeby “Titanic” był aż tak super. Nie. Ale dlatego, że “Avatar” jest filmem odeń słabszym. W każdym względzie. W ciągu tych wszystkich lat pojawiło się multum produkcji lepszych niż “Titanic” i żal, że to nie żadna z nich, lecz właśnie taka szablonowa i schematyczna opowieść o niebieskich Indianach odebrała mu to zaszczytne miano najbardziej kasowego filmu. 
Cameron tryumfuje. Szkoda tylko, że nie pod względem artystycznym, lecz komercyjnym. Zgarnął i wciąż zgarnia za swą historyjkę o Na'vi niebotyczne sumy. A to “Avatar” powróci do kin dłuższy o kilka minut, a to znowu pojawi się jakaś dłuższa wersja, potem pewnie jeszcze raz w kinach wersja z paroma ujęciami więcej – i tak to się kręci i zarabia dla wujka Jamesa godziwe pieniądze. 
Nie ma się co dziwić, że w planach trzy (!) następne części. Z pewnością i one będą megaprzebojami. Może nawet pobiją rekord swego poprzednika. Ludzie znowu ruszą do kin jak zaczarowani, ale ja wysiadam z tej kolejki i, gdy pojawi się “Avatar 2”, z pewnością nie będzie mnie na seansie. Bo po co? Po co rozciągać opowieść o Jake'u Sullym i jego ukochanej Neytiri aż na cztery filmy?! Spójrz prawdzie w oczy, James! Nie miałeś pomysłu nawet na jeden!

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież