Recenzje

Telewizja Polsat wyemitowała ostatnio głośny film pt. „Życie Pi”. Film wielokrotnie nagradzany (w tym czterema Oskarami), a więc raczej nie byle jaki. Skoro wcześniej nie udało mi się go zobaczyć, to tym razem po prostu już musiałem. A ponieważ musiałem, to teraz nie mogę zachować się jak zwykły ćwok, co to weźmie udział w darmowej uczcie telewizyjnej i ani słowem nie pochwali fundatora oraz zaserwowanych mu przez niego duchowych dań. Dlatego postanowiłem napisać kilka ciepłych słów na temat moich odczuć dotyczących oglądanego spektaklu.

Jako, że nie jestem krytykiem filmowym, więc na pewno nie zrecenzuję filmu tak, jak by to uczynił jakiś wzięty znawca sztuki filmowej, ale z drugiej strony, ja mogę pisać o filmie nie oglądając się na zapłatę albo interesy swojego szefa. Czyli generalnie to, co naprawdę myślę. Nie jest też tak, że na filmach się nie znam, bo oglądam je już przez jakieś pięćdziesiąt lat z hakiem. A co do samego recenzowania? No nie wygłupiajmy się – przecież to właśnie robię od dobrych paru lat.

Przechodząc zaś do filmu, to przyznaję, że mnie zaskoczył, bo sądząc po tytule - spodziewałem się zobaczyć coś szczególnego, czy choćby ciekawego o życiu głównego bohatera Pi. A jeśli już Pi, to biorąc pod uwagę matematyczne konotacje - liczyłem też, że akcja filmu będzie chociaż trochę logiczna. Niestety prawdziwego życia w filmie nie znalazłem – ot kolejna, podkolorowana filozoficznie bajka, a może nawet bardziej cyrkowe przedstawienie. Różnokolorowe świetlne iluminacje, tanie sztuczki przemieszane z serwowaną na niezłym poziomie iluzją oraz dzikie zwierzęta na czele z wygenerowanym cyfrowo tygrysem. Stanowiąca kanwę filmu oceaniczna podróż Pi wspólną szalupą ratunkową oko w oko z tygrysem, była moim zdaniem dość groteskowa. Bardziej przypominała opowieści barona Miinchausena, albo może nawet Sindbada Żeglarza, czyli zdecydowanie więcej wymyślnej fantazji niż rzeczywistości. Napięcia też ani w ząb, bo skoro Pi opowiada o swoim życiu, to przecież wiadomo, że każda przygoda musiała się dla niego dobrze skończyć.

Kiedy człowiek pomyśli sobie np. o dość nudnawym opowiadaniu Ernesta Hemigweya pt. „Stary człowiek i morze”, to musi dojść do wniosku, że w nim przynajmniej coś się działo. Twarda walka człowieka z morzem, złowioną wielką rybą i własnymi słabościami tworzyła w efekcie tchnącą prawdą historię, zmuszając czytelnika do skupienia uwagi na przeżyciach bohatera. Tu trzeba było wygenerować sztucznie efekty specjalne, żeby od głównego bohatera uwagę widza odwrócić. Oczywiście można spytać – dlaczego? Ale po co pytać, kiedy ma się przed oczyma głównego bohatera i słucha jego drętwych monologów i dialogów. Całe szczęście, że na wysokości zadania stanęła telewizja Polsat i w momencie, kiedy Pi rozpoczął swoją końcową przemowę, po prostu go zagłuszyła głosem lektora reklamującego program telewizyjny. Widać ten monolog też musiał być pozbawiony wyrazu.

Tak sobie myślę, że szkoda, iż na taki pomysł nie wpadła ekipa filmowców przy kręceniu filmu, bo efekt byłby porażający i chyba w każdym widzu wzbudziłby niezapomniane emocje. Kto wie? – może byłby jeszcze Oskar za dialogi? A tak, to w zasadzie film będzie się pamiętać głównie z powodu wymyślonej przez Polsat innowacyjnej metody jego projekcji.

You have no rights to post comments