Publicystyka

No dobrze, to dział publicystyki filmowej, więc wszyscy się oczywiście domyślacie, że nie będzie chodziło o gatunki leśnych grzybów ani wędrownego ptactwa (w tym momencie pewnie wasze zainteresowanie zgasło bezpowrotnie).

Co ciekawe (albo i nie), nie będzie też o filmie "Gatunek" i jego badziewnych kontynuacjach.

No to o czym zamierzam dziś napisać?

Rzecz będzie dotyczyła klasyfikacji gatunkowej filmów, a przede wszystkim tego, że jest ona głupia i to głupia podwójnie - raz, że obowiązująca obecnie klasyfikacja jest do niczego, a dwa, że sama idea dzielenia filmów na gatunki jest do niczego. Ale oczywiście to tylko moje prywatne zdanie w tej kwestii i nikomu go autorytatywnie nie narzucam.

Jestem Amerykaninem! I to takim prawdziwym, a nie jakimś Indiańcem! 


Przed premierą "Księżniczki i żaby", której główną bohaterką miała być pierwsza czarnoskóra księżniczka Disneya, pojawiało się wokół tego filmu sporo kontrowersji. Głównie oczywiście były to najrozmaitsze wąty i wąciki czarnej społeczności USA. "Bohaterka nie może być wykorzystywaną do ciężkiej pracy biedną dziewczyną, bo to obraża czarnych!" (to rozumiem, że "Kopciuszek" obraża białych). "Zmieńcie imię głównej bohaterce, bo "Maddy" kojarzy się z "Mammy", a to było popularne imię dla Murzynek w czasach niewolnictwa!" "Przyciemnijcie księcia! Chcemy ciemniejszego! Książę nie może być w tej bajce biały! Czarna bohaterka nie może wiązać się z białym księciem - to niestosowne!" (A jakby ktoś odważył się powiedzieć, że biała bohaterka nie powinna wiązać się z czarnym, zaraz zostałby zwyzywany od rasistów). 

Grunt, że tyle było tych pretensji i zamieszania, aż wreszcie udzielająca głównej bohaterce głosu Anika Noni Rose postanowiła uspokoić sytuację i pojednawczo stwierdziła, że "to nieistotne, czy bohaterka jest czarna czy biała. Ważne, że będzie to pierwsza amerykańska księżniczka w historii animacji Disneya". A mnie ogarnęła lekka konsternacja. Pierwsza amerykańska księżniczka Disneya? Pierwsza? A Pocahontas to skąd była? Z Singapuru? 

Zamiast wdawać się w rozwlekłe wywody, może tym razem po prostu krótko i zwięźle odpowiem na zadane w nagłówku pytanie. No więc, tak. Elfy mogą być czarne. Wiem, bo widziałem na własne oczy w "Lochach i smokach".

 Murzynki nie istnieją. Takie wrażenie można odnieść, oglądając filmy z USA. Owszem, są tam niewiasty określane jako "czarne", ale to Mulatki lub nawet tylko ćwierć-Murzynki (na które też pewnie jest jakiś fachowy termin, ale komu by się chciało to sprawdzać...). Jakoś tak jest, że mianem "biały" określa się tylko kogoś białego w 100%, natomiast by być "czarnym" wystarczy mieć niewielką nawet domieszkę krwi afrykańskiej. Taki Obama na przykład, niby pierwszy czarny prezydent Stanów, tylko w gruncie rzeczy jakoś właśnie taki mało czarny. 

Tak więc niemal brak w amerykańskich produkcjach stuprocentowych Murzynek. Murzyni, a i owszem, ale Murzynki? Tych jakoś jest dużo mniej. Typowa filmowa afroamerykańska rodzina (lub nawet po prostu afrykańska jak w "Hotelu Rwanda") wygląda tak: stuprocentowy Murzyn, jego żona Mulatka, oraz dzieci: z reguły synowie w stu procentach afrykańscy i córki Mulatki. Gdyby sugerować się amerykańskimi filmami, można by dojść do wniosku, że afrykańskie geny dziedziczy się tylko w linii męskiej.

Czy wiecie, kto jest kandydatką do roli lady Marion w nowym (kolejnym już) filmie o Robin Hoodzie? A konkretniej w jednym z trzech (!) nowych filmów o Robin Hoodzie? Otóż jest nią Gugu Mbatha – Raw. A cóż to za dziwne imię i nazwisko dla Angielki?! Bo lady Marion będzie grana przez Angielkę, prawda? Nie? A kto lepiej wcieli się w rolę angielskiej szlachcianki? Aha, Murzynka.